Tutaj, na bulwarze przy Wolinie, komarów zawsze było pod dostatkiem — późnymi sierpniowymi wieczorami ciągną chmarą od strony rozlewisk, a miejscowi dawno się z tym pogodzili. Ale ten rok jest inny.
Halina Wróblewska zorientowała się, że coś jest nie tak, w piątek rano, gdy nie mogła zgiąć kolana, żeby wstać z łóżka. Dzień wcześniej krzątała się na działce — wyrywała chwasty między grządkami ziemniaków, opryskiwała pomidory na zarazę ziemniaczaną, jak robiła to co lato od dwudziestu lat. Wieczorem poczuła, że nogi ją bolą, jakby po długim kopaniu, i zrzuciła to na wiek i przewiane plecy. A rano stawy zablokowało tak, jakby ją samochód przejechał. Skronie ścisnęło, za oczami pulsował tępy ból, a termometr pokazał czterdzieści.
— Myślałam, że się przeziębiłam na działce — opowiada. — Wzięłam aspirynę, poleżałam. A do wieczora już nawet łyżki trzymać nie mogłam.
W przychodni na Wolińskiej tego dnia w rejestracji stała kolejka, jakiej Halina nie pamiętała od czasów covidu. Starsza pani z sąsiedniej ulicy przykładała termofor do skroni, mężczyzna koło trzydziestki siedział zgięty wpół, obejmując kolana rękami. Lekarka przyjęła Halinę po dwudziestu minutach, zmierzyła ciśnienie, wysłuchała skarg i bez wahania wypisała skierowanie na badanie.
— Na dengę? — dopytała Halina. — Przecież to gdzieś w tropikach się zdarza, nie u nas na Warszowie.
Lekarka chorób zakaźnych, Beata Kaczmarek, ze świnoujskiego szpitala zakaźnego tego tygodnia przyjmowała takich pacjentów jak Halina jednego za drugim. W ciągu siedmiu dni zgłosiło się do niej jedenaście osób z podobnymi objawami i żadna z nich nigdzie nie wyjeżdżała.
— Wcześniej mieliśmy wyłącznie przypadki zawleczone — tłumaczy. — Ktoś wracał z Tajlandii czy Wietnamu, przywoził wirusa, leczyliśmy. A tu komar ukąsił osobę, która z domu nie wychodziła dalej niż na własną działkę. To już zupełnie inna sprawa.
Z jedenastu podejrzeń potwierdziło się sześć. Ale już w kolejnym tygodniu do szpitala z tymi samymi objawami zgłosiło się tylu ludzi, że liczba potwierdzonych przypadków wzrosła do czternastu — ponad dwukrotnie względem pierwszego tygodnia. Najwięcej właśnie w dzielnicy domków jednorodzinnych przy Warszowie, gdzie przez stare studnie i zaniedbane działki stojąca woda zbiera się dosłownie w każdym podwórku.
Gorączkę przenosi komar z gatunku Aedes aegypti — pięć lat temu entomolodzy odnotowywali go najwyżej na południu kraju, w okolicach Szczecina. Teraz klimat się ociepla, zimy robią się krótsze, a komar, który wcześniej nie przetrwałby mrozów, spokojnie zimuje w piwnicach bloków.
U większości chorych objawy przechodzą niemal niezauważenie — lekkie osłabienie i po kilku dniach po wszystkim. Ale w przypadkach objawowych to wysoka gorączka sięgająca czterdziestu stopni, ból głowy za oczami, mdłości, a w ciężkich postaciach — krwawienia i realne zagrożenie życia. W świnoujskim szpitalu tego tygodnia dwoje pacjentów leżało pod kroplówką, i właśnie wtedy Halina dostała wynik badania.
Pozytywny. Gorączkę denga, tę samą "łamiącą kości", potwierdzono u niej w ubiegły wtorek.
Lekarze zatrzymali Halinę na dwa dni obserwacji — żeby upewnić się, że nie rozwinie się ciężka postać — i wypuścili do domu z listą zakazów. Tego samego wieczoru zadzwoniła do córki do Szczecina i powiedziała, żeby nie przywoziła wnuka na weekend.
— On ma cztery lata — mówi. — Dopóki choruję, niech zostanie u niej. Nie wiem na pewno, czy da się ode mnie zarazić, lekarka mówiła, że nie, tylko przez komara. Ale dopóki na podwórku stoi choć kropla wody, nie wpuszczę go tutaj.
Zakład Usług Komunalnych ze Świnoujścia od poniedziałku wysłał brygady do opryskiwania podwórek środkami owadobójczymi — zarówno naziemnie, jak i po raz pierwszy od lat z powietrza, śmigłowcem nad rozlewiskami Świny, gdzie zdaniem epidemiologów zaczęło się rozprzestrzenianie. Opryski mają potrwać do końca września.
W Wydziale Zdrowia Urzędu Miasta apelują do mieszkańców o usunięcie wszelkiej stojącej wody z posesji — wiader, starych opon, beczek na deszczówkę — i stosowanie repelentów, zwłaszcza pod wieczór, gdy komary są najbardziej aktywne.
Teraz co wieczór, gdy tylko upał zelżeje, Halina bierze latarkę i obchodzi podwórko. Przewraca beczkę na deszczówkę, wylewa wodę z wiadra, w którym kiedyś trzymała rozsadę. Znajduje starą miskę przy komórce — na dnie palec deszczówki, a w niej już kręcą się larwy. Wylewa, wyciera do sucha, stawia do góry dnem. Wcześniej nawet by na to nie spojrzała.
Wnuk przyjedzie, kiedy na podwórku nie zostanie ani jednej kałuży zdolnej utrzymać wodę choćby dobę. Na razie Halina co wieczór obchodzi każdy zakamarek — i za każdym razem, podnosząc kolejne wiadro, czuje, jak kolano wciąż odzywa się tępym, ciągnącym bólem.