Danuta zadzwoniła do mnie w czwartek o siódmej piętnaście, kiedy próbowałam jednocześnie dopić kawę, znaleźć klucze od astry i przekonać Kubę, że wczorajsza koszulka po treningu piłki nożnej nie nadaje się już na dzisiaj.
– Weroniko, ty nie pamiętasz, ile czasu trzeba gotować młodą fasolkę szparagową?
– Mamo, ty ją gotujesz od czterdziestu lat.
– No właśnie gotuję. Tylko dzisiaj jakaś twarda mi wychodzi.
– Spróbuj jedną. Jak miękka, to wyłączaj.
– Też tak myślałam.
Zamilkła na chwilę, a potem zapytała, czy w sobotę wpadniemy. Powiedziałam, że jeszcze nie wiem, bo Kuba ma trening, a mąż pracuje w weekend. Odpowiedziała, że tak tylko pytała, że u niej wszystko w porządku, i rozłączyła się, zanim zdążyłam cokolwiek dodać.
Tego samego dnia zadzwoniła do mojego brata Marka – chciała wiedzieć, czym najlepiej podlewać hortensje. Marek mieszka w bloku i ma na balkonie jednego zeschniętego fikusa. Wieczorem zatelefonowała do mojej córki Zosi z pytaniem, jak powiększyć czcionkę w telefonie.
– Babciu, przecież w zeszłym tygodniu ci to ustawiłam.
– Widocznie znowu coś nacisnęłam nie tak.
Takich telefonów przybywało z tygodnia na tydzień. Jak wysłać stan licznika do zakładu energetycznego? Którym autobusem dojechać do przychodni na Kopernika? Co kupić sąsiadce na urodziny córki? Z początku odpowiadaliśmy cierpliwie. Potem zaczęliśmy się trochę irytować.
– Ona to wszystko wie – powiedział kiedyś Marek. – Wczoraj pytała, jak włączyć piekarnik. Ten sam, który sama wybierała w sklepie na Wólczańskiej.
– Może naprawdę zapomniała?
– Mama pamięta imieniny każdego kuzyna do trzeciego pokolenia. Nie mogła zapomnieć, gdzie jest pokrętło w piekarniku.
Mama ma sześćdziesiąt dziewięć lat i mieszka sama w Skierniewicach, czterdzieści minut jazdy od nas. Po przejściu na emeryturę zajmuje się działką, czyta kryminały, chodzi na targ na Rawskiej i dwa razy w tygodniu spotyka się z koleżankami z dawnej pracy w zakładach. Przynajmniej tak nam opowiadała.
Z Markiem staraliśmy się jej ułatwić życie. Płaciliśmy rachunki przez internet, zamawialiśmy zakupy z dostawą, znaleźliśmy fachowca do przycinania drzew. Na urodziny kupiliśmy jej nowy smartfon, a przed zimą wymieniliśmy piec.
W jedną z sobót pojechałam do niej bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi nie od razu, w starym szlafroku, z włosami związanymi byle jak.
– A czego nie powiedziałaś, że przyjedziesz?
– Bo to wtedy nie byłaby niespodzianka.
– Chociaż bym ciasto upiekła.
– Nie trzeba mi ciasta.
Zaczęła krzątać się po kuchni: czajnik, herbatniki, poszukiwanie czystego obrusa.
– Usiądź – powiedziałam. – Wpadłam tylko na godzinkę.
Zamarła z obrusem w rękach.
– Na godzinkę?
– Muszę jeszcze zajechać do galerii, Kubie trzeba kupić buty do biegania.
– No jasne. Dzieci rosną.
Rozłożyła obrus, chociaż mówiłam, że nie ma potrzeby. Postawiła dwie filiżanki. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o cenach jabłek na targu i o sąsiedzie z naprzeciwka, który pomalował płot na taki fiolet, że – jak stwierdziła mama – widać go pewnie z Łowicza.
Wzięłam jej telefon.
– Pokaż, co tam z tą czcionką.
– Już dobrze.
– A piekarnik?
– Też działa.
– A fasolkę ugotowałaś?
– Ugotowałam.
– Mamo, po co dzwonisz z pytaniami, na które sama znasz odpowiedź?
Odwróciła się w stronę okna, zaczęła zbierać okruchy ze stołu do dłoni, powoli, jakby to była najważniejsza czynność dnia.
– Kiedy dzwonię tak sobie, zawsze jesteście zajęci – powiedziała w końcu. – A kiedy trzeba o coś zapytać, to chociaż kilka minut porozmawiamy.
Zrobiło mi się wstyd, i to nie od jej słów, tylko od spokoju, z jakim je wypowiedziała. Bez wyrzutu. Jakby tłumaczyła coś oczywistego, do czego sama jakoś nie doszłam.
Przypomniałam sobie nasze ostatnie rozmowy. "Mamo, jestem na zebraniu". "Mamo, właśnie siadamy do kolacji". "Oddzwonię później". I prawie nigdy nie oddzwaniałam. Za to kiedy prosiła o pomoc z telefonem alby przelewem, od razu znajdowałam pięć minut. Konkretna prośba wyglądała jak sprawa. Zwykła rozmowa – jak coś, co można odłożyć.
– Dlaczego nie powiedziałaś, że ci samotno?
Wzruszyła ramionami.
– Nie lubię tego słowa. Nie siedzę cały dzień pod oknem. Mam działkę, kota, koleżanki. Po prostu wy macie swoje życie. Rozumiem to.
– Rozumiesz, ale wymyślasz problemy z piekarnikiem.
– Niewielkie to problemy. Jeden guzik.
Zaśmiałyśmy się obie. Z podwórka dobiegł głos:
– Danusiu, jesteś w domu?
Do furtki podeszła sąsiadka Halina z dwiema sadzonkami porzeczek.
– Zobacz, co mi sprzedali na targu. Mówili, że jedna wcześnie owocuje, druga późno. A ja już nie pamiętam, która która.
Mama wyszła na ganek, obejrzała pąki, zaczęła tłumaczyć, gdzie lepiej je posadzić. Po kilku minutach była zupełnie inną osobą – mówiła żywo, wskazywała ręką na słoneczną część działki, wspominała, jak w zeszłym roku ratowała krzaki przed mszycami. Halina słuchała uważnie i dopytywała.
Wtedy zrozumiałam jeszcze jedną rzecz. Z Markiem tak zaangażowaliśmy się w pomaganie mamie, że stopniowo odebraliśmy jej niemal wszystkie sprawy, w których mogła być nam potrzebna. Nie prosiliśmy o rady, bo wszystko znajdowaliśmy w internecie. Nie pytaliśmy o przepisy – znowu internet. Nie zostawialiśmy jej wnuków, żeby jej nie męczyć. Nawet jabłek z jej działki nie chcieliśmy brać zbyt chętnie – po co wozić, skoro takie same są w warzywniaku obok domu.
Chroniliśmy ją przed zbędnym trudem. I razem z tym trudem zabraliśmy jej poczucie, że bez niej coś by się nie udało.
– Mamo – powiedziałam, gdy Halina odeszła – pamiętasz to ciasto ze śliwkami, które piekła babcia Stefania?
– Z kruszonką na wierzchu?
– Tak. Mnie nigdy nie wychodzi.
– Bo ty rozpuszczasz masło. Trzeba je zimne zetrzeć z mąką.
– Nauczysz mnie?
Spojrzała na zegarek.
– A buty?
– Kupimy później.
Wyjęła z lodówki masło. Ja znalazłam mąkę, ona przebrała śliwki, odkładając kilka za miękkich. Ciasto piekłyśmy prawie dwie godziny. Nie dlatego, że było skomplikowane – mama co chwilę odbiegała od tematu, opowiadała, jak babcia po raz pierwszy upiekła je na urodziny taty, jak kiedyś pomyliła cukier z solą, jak my z Markiem w dzieciństwie wydłubywaliśmy pestki ze śliwek i kłóciliśmy się o największy kawałek.
Kiedy ciasto było już w piekarniku, napisałam do męża, że się spóźnię, i zadzwoniłam do brata.
– Jesteś jutro wolny?
– A co się stało?
– Nic. Mama chce nam pokazać, jak przycinać winorośl.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Sama to powiedziała?
– Jeszcze nie.
– Weroniko…
– Przyjedź z chłopcami. Będzie się cieszyła.
Następnego dnia Marek przywiózł obu synów. Mama rozdała wszystkim rękawice, sekatory i zabroniła dotykać czegokolwiek bez jej pozwolenia. Chłopcy słuchali uważniej niż na lekcjach w szkole. Marek upierał się, że jedną łozę trzeba zostawić. Mama twierdziła co innego. Po godzinie śmiali się tak głośno, że sąsiad wyjrzał zza swojego fioletowego płotu.
Od tamtej pory nie zaczęliśmy dzwonić do mamy pięć razy dziennie. Życie nie zmieniło się w reklamę wielkiej zgranej rodziny. Nadal bywaliśmy zajęci, zapominaliśmy oddzwonić, nie zawsze mogliśmy przyjechać. Po prostu w naszych rozmowach ubyło pytań o to, co jej kupić. Za to pojawiły się inne:
– Mamo, jak myślisz?
– A jak ty to kiedyś robiłaś?
– Sprawdzisz, czy dobrze zasadziłam pomidory?
– Przyjedziesz do nas w sobotę? Nie żeby pomóc. Po prostu przyjedziesz?
Niedawno mama znowu zadzwoniła do mnie rano.
– Weroniko, ile trzeba gotować młodą fasolkę?
Już miałam się roześmiać, ale usłyszałam w jej głosie nutę zaczepki.
– Nie wiem, mamo. Powiedz mi.
– To przyjedziesz – pokażę.
Tym razem obie doskonale wiedziałyśmy, że sprawa nigdy nie była w fasolce.