Marina odłożyła telefon na kuchennym stole ekranem do blatu i dalej kroiła cebulę na drobno, choć oczy miała już pełne łez i sama nie wiedziała, która z dwóch przyczyn jest tą prawdziwą.
— Teściowa znowu pisze? — zapytał Tomasz od progu, nie zdejmując kurtki.
— Chce przyjechać na niedzielny obiad. Sama. Bez ciebie.
Usiadł ciężko na krześle, które zaskrzypiało pod nim jak zawsze od trzech lat, odkąd mieszkali w tym domu w Radomiu, odziedziczonym po jego rodzicach razem z kredytem hipotecznym na sto dwadzieścia tysięcy złotych, który wciąż spłacali.
Babcia Zofia zjawiła się w niedzielę punktualnie o dwunastej, z reklamówką pełną słoików ogórków kiszonych, i z tą miną, którą Marina nauczyła się odczytywać jako zapowiedź burzy. Usiadła przy stole, rozłożyła powoli serwetkę, jakby rozkładała jakiś dokument urzędowy, i powiedziała:
— Sprzedałam mieszkanie w Iłży. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy złotych.
Tomasz odłożył widelec.
— Kiedy? Dlaczego nam nie powiedziałaś?
— Bo te pieniądze nie są dla was. Spisałam testament u notariusza, pana Wieczorka, w zeszłym tygodniu. Wszystko idzie dla mojej wnuczki Ireny, kiedy skończy osiemnaście lat. Na jej nazwisko, na koncie powierniczym. Żadne z was nie tknie ani złotówki.
Marina poczuła, jak łyżka w jej dłoni robi się zimna, mimo że zupa na talerzu wciąż parowała. Irena, ich siedmioletnia córka, bawiła się w pokoju obok lalkami, nie podejrzewając, że właśnie rozstrzyga się jej przyszłość — a przynajmniej jej finansowa część.
— Mamo, my nie prosiliśmy cię o pieniądze — powiedział Tomasz cicho, choć głos zadrżał mu na słowie „pieniądze".
— Nie prosiliście. Ale wzięlibyście, gdybym zostawiła je tobie. Wiem, jak było z tym samochodem, wiem, jak było z remontem dachu. Dlatego teraz wszystko jest u notariusza, podpisane, opieczętowane, nieodwołalne.
Marina odłożyła łyżkę do talerza z cichym brzękiem i wstała, żeby zanieść pustą miskę po ogórkach z powrotem do kuchni, choć nie była pusta — po prostu potrzebowała pretekstu, żeby wyjść z pokoju na dziesięć sekund. Kiedy wróciła, teściowa zakładała już płaszcz.
— Irena dostanie te pieniądze. Ale chcę czegoś w zamian — powiedziała babcia Zofia od progu. — Chcę, żebyście przywozili ją do mnie do Iłży w każdą drugą sobotę. Bez wymówek, bez pracy, bez „akurat nam nie pasuje". Inaczej odwołam testament i zapiszę wszystko parafii w Skarżysku.
Drzwi zamknęły się za nią z tym charakterystycznym dźwiękiem starej drewnianej futryny, której nigdy nie wymienili.
Tomasz usiadł z powrotem przy stole, wziął widelec, potem znów go odłożył.
— Czterysta pięćdziesiąt tysięcy — powiedział, jakby sama ta liczba była wyrokiem.
— To nie dla nas — powiedziała Marina. — Powiedziała to całkiem jasno.
— Wiem. Po prostu… nie spodziewałem się, że sprzeda to mieszkanie akurat teraz. Myślałem, że zostawi je mnie, jako starszemu synowi.
Marina spojrzała w stronę pokoju, skąd dobiegał głos Ireny prowadzącej dialog między dwiema lalkami — jedna grała mamę, druga babcię, i w dziecięcej wersji tej historii obie wcale się nie kłóciły.
— Będziemy jeździć w każdą drugą sobotę — powiedziała. — Nie dla pieniędzy. Dla niej.
Tomasz nie odpowiedział od razu. Podszedł do szuflady z dokumentami, wyjął umowę kredytową i położył ją na stole obok miski z ogórkami.
— Sto dwadzieścia tysięcy zostało nam do spłaty za ten dom — powiedział. — A ona sprzedała mieszkanie za czterysta pięćdziesiąt i zamknęła je w miejscu, do którego nie sięgniemy przez dwanaście lat. Nie wydaje ci się, że w ten sposób nas karze?
— Wydaje mi się, że w ten sposób cię sprawdza — powiedziała Marina.
Nadeszła pierwsza sobota i Tomasz znalazł sobie zajęcie — niby pilną naprawę dachu u sąsiada, niby obietnicę sprzed miesięcy. Marina sama zawiozła Irenę do Iłży. W drodze powrotnej dziecko zasnęło na tylnym siedzeniu, ściskając w piąstce foliową torebkę z domowym dżemem od babci, a Marina jechała dwadzieścia minut z włączonymi światłami, choć była dopiero piąta po południu, tylko po to, żeby nie budzić córki za wcześnie.
W drugą umówioną sobotę Tomasz oznajmił przy śniadaniu, że ma pilną zmianę w pracy.
— Znowu? — Marina odstawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa chlapnęła na obrus. — Tomek, to twoja matka. Sprawdza ciebie, nie mnie.
— Nie mogę rzucić zmiany.
— Możesz. Po prostu nie chcesz siedzieć naprzeciwko niej i milczeć jak winowajca.
Nie odpowiedział. Wziął kluczyki i wyszedł, a Marina została sama z Ireną i telefonem, na który babcia Zofia nie zadzwoniła ani razu przez kolejne dwie godziny — milczenie cięższe niż jakikolwiek wyrzut.
Kiedy w końcu dotarły do Iłży z półgodzinnym opóźnieniem, babcia Zofia otworzyła drzwi i spojrzała ponad Mariną na puste miejsce obok niej na ścieżce.
— Znowu cię samą wysyła? — zapytała.
— Nie wysyła. Sama prowadzę.
— Wiesz, dlaczego sprzedałam to mieszkanie akurat teraz, a nie pięć lat temu? — Babcia Zofia przysiadła na progu, powoli, przytrzymując się framugi. — Bo chciałam zobaczyć, kto przyjeżdża, kiedy nie ma już nic do natychmiastowego zyskania. Kto przyjeżdża dla niej, a kto dla konta, które otworzy się dopiero za jedenaście lat.
— Tomek przyjeżdża dla niej — powiedziała Marina. — Tylko nie wie, jak siedzieć naprzeciwko ciebie, nie czując się jak dłużnik.
— To niech przyjedzie i powie mi to prosto w oczy. Nie tobie.
Tego wieczoru, po położeniu Ireny spać, Marina opowiedziała Tomaszowi wszystko — słowa babci Zofii, ciszę telefonu, sposób, w jaki stała w progu i patrzyła ponad nią na puste miejsce na ścieżce. Tomasz milczał długo, siedząc na brzegu łóżka wciąż w butach.
— Myślałem, że jeśli nie będę przyjeżdżał, pokażę jej, że nie chodzi mi o pieniądze — powiedział w końcu. — Wygląda na to, że pokazałem coś wręcz przeciwnego.
W trzecią sobotę przyjechał także on. Zaparkował samochód sam przed domem w Iłży, podczas gdy Marina i Irena zostały na chodniku. Babcia Zofia wyszła mu naprzeciw bez słoika w ręku, bez zwyczajowej przemowy o uchybieniach — po prostu stanęła w progu i czekała, aż coś powie.
— Przepraszam, że nie przyjeżdżałem — powiedział Tomasz. — Nie jestem tu teraz dla pieniędzy. Jestem dla Ireny. I dla ciebie.
Babcia Zofia nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stołu w ogrodzie, wzięła stojący tam słoik świeżego dżemu morelowego i podała go synowi — tym razem nie Irenie.
— Zanieś to Marinie. To ona jeździ tu w każdą sobotę, odkąd sprzedałam mieszkanie, podczas gdy ty szukałeś zmian w pracy.
Irena przybiegła między nich z kartką papieru w ręku — rysunek trzech postaci trzymających się za ręce przed domem z czerwonym dachem — i podała go babci, nie podejrzewając nawet, co właśnie naprawiła tego ranka między dorosłymi.
— To my w niedzielę — oznajmiła dumnie.
Babcia Zofia wzięła rysunek obiema rękami, złożyła go ostrożnie na czworo i schowała do wewnętrznej kieszeni płaszcza, tam gdzie jeszcze tydzień temu nosiła akt notarialny.