Serce z Wrocławia

Zofia Malinowska nie płakała na pogrzebie córki. Stała przy grobie w szarym płaszczu, z dłońmi splecionymi na torebce, i patrzyła, jak księża kończą modlitwę. Płakać zaczęła dopiero trzy tygodnie później, w kuchni, kiedy znalazła w szafce jej ulubiony kubek z odpryskiem na uchu.

Jej córka, Marta Wieczorek, była piosenkarką. We Wrocławiu znał ją każdy, kto choć raz włączył lokalne radio albo poszedł na kabaret do teatru przy placu Dominikańskim. Marta śpiewała od dziecka — w kościelnym chórku, potem w konkursach powiatowych, aż w końcu na scenach, gdzie ludzie płacili bilety, żeby jej posłuchać. Grała też w serialu obyczajowym, tym, który leciał po południu, kiedy emerytki robią sobie herbatę i siadają przed telewizorem. Zmarła 6 kwietnia tego roku. Miała dwadzieścia dziewięć lat.

Diagnoza przyszła po raz pierwszy sześć lat wcześniej. Rak piersi. Marta wtedy wygrała — chemia, operacja, rok w peruce, potem włosy odrosły krótkie i kręcone, i mówiła w wywiadach, że to był najlepszy fryzjer, jakiego miała. Ale jesienią przedostatniego roku lekarze znaleźli guza w płucach. Tym razem się nie udało.

Ojciec Marty, Ryszard Wieczorek, grał na trąbce w orkiestrze przez czterdzieści lat. Po śmierci córki przestał ćwiczyć. Instrument stał w futerale w przedpokoju, zakurzony, i nikt go nie ruszał.

Trzy miesiące po pogrzebie do mieszkania Zofii zadzwonił mężczyzna, który przedstawił się jako właściciel sklepu z pamiątkami przy Rynku. Powiedział, że chce sprzedawać kubki, magnesy i koszulki z twarzą Marty i cytatem z jej piosenki — tej najbardziej znanej, tej, którą grali na weselach. Zapytał, czy rodzina się zgadza. Zofia odłożyła słuchawkę bez odpowiedzi.

Tydzień później zobaczyła w internecie, że sklep i tak zaczął sprzedaż. Bez pytania. Zdjęcie Marty z festiwalu w Opolu, przycięte, z logo firmy w rogu, na kubku za dwadzieścia dziewięć złotych.

— Oni ją sprzedają jak pietruszkę na targu — powiedziała Zofia do Ryszarda tego wieczoru, siedząc przy stole z laptopem otwartym na stronie sklepu.

Ryszard nic nie odpowiedział. Wstał, poszedł do przedpokoju, otworzył futerał z trąbką. Nie zagrał ani jednej nuty. Po prostu stał tak z instrumentem w rękach, dobrą minutę, może dłużej.

Zofia zadzwoniła do prawniczki, z którą pracowała jeszcze przy sprawach spadkowych po swojej matce. Nazywała się Beata Sikora, miała kancelarię na Krzykach, w bloku z lat siedemdziesiątych, z windą, która jeździła z chrzęstem.

— Chcę zastrzec imię i nazwisko Marty. I jej podpis — powiedziała Zofia, kładąc na biurku Beaty teczkę ze zdjęciami, wycinkami z gazet i wydrukowanym kontraktem, który Marta kiedyś podpisała z wytwórnią płytową.

Beata przejrzała dokumenty, zapytała o datę śmierci, o to, czy istnieje testament, czy prawa do wizerunku przeszły na rodziców. Odpowiedź brzmiała: tak, w całości, bo Marta nie miała ani męża, ani dzieci.

Postępowanie w Urzędzie Patentowym trwało pięć miesięcy. Beata złożyła wniosek o rejestrację znaku towarowego — imienia, nazwiska i podpisu Marty, tego zawijasa z kropką nad "i", którym podpisywała płyty na spotkaniach z fanami. W międzyczasie wysłała do sklepu przy Rynku pismo z żądaniem zaprzestania sprzedaży i zapłaty odszkodowania. Właściciel się awanturował przez telefon, mówił, że to była "forma hołdu", że "ludzie kochali Martę i chcieli mieć pamiątkę".

— Niech kochają za darmo — odpowiedziała mu Beata przez telefon, siedząc w swoim biurze, z Zofią obok, która przez cały czas trzymała w rękach właśnie ten kubek z odpryskiem, ten prawdziwy, z domu.

Trzy tygodnie później sklep zdjął produkty ze strony. Zapłacił cztery tysiące sto złotych odszkodowania — sumę, którą Zofia bez wahania przekazała na fundację onkologiczną, tę samą, w której Marta leżała podczas drugiej chemioterapii.

Znak towarowy zarejestrowano w lipcu. Zofia dostała z urzędu kopertę z pieczęcią, otworzyła ją przy kuchennym stole, przy tym samym, przy którym trzy miesiące wcześniej otworzyła laptopa ze zdjęciem córki na kubku. Przeczytała dokument dwa razy, potem włożyła go do teczki, obok zdjęcia z Opola.

Wieczorem Ryszard w końcu wyjął trąbkę z futerału i zagrał — nie melodię Marty, tylko gamę, powoli, jakby na nowo uczył się, że instrument jeszcze działa. Zofia postawiła na stole dwa kubki herbaty, ten odprysknięty i drugi, zwykły, i usiadła obok niego, nie mówiąc nic, dopóki nie skończył.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

three × four =