Basia Wróblewska miała sześćdziesiąt trzy lata i przez czterdzieści dwa lata pracowała w tej samej piekarni na Bemowie, przy Konarskiego, tam gdzie tramwaj skręca w stronę pętli. Wiedziała, jak pachnie ciasto drożdżowe o czwartej rano i jak skrzypi ruleta na starych wagach szalkowych. Wiedziała też, że od trzynastu lat nie potrafi wejść do własnej piwnicy bez duszności w gardle.
To było w dwa tysiące trzynastym. Mąż, Zenon, kazał jej zejść po słoiki z ogórkami — a ona, na trzecim stopniu, poślizgnęła się na wilgotnym betonie i poleciała w dół. Złamała nadgarstek w dwóch miejscach. Sąsiadka z parteru, pani Halina, znalazła ją dopiero po godzinie, bo usłyszała stukanie w rurę kaloryfera. Od tamtej pory piwnica została zamknięta w Basi na klucz, którego nikt jej nie dał z powrotem.
Zenon zmarł cztery lata temu, na serce, w kolejce do lekarza rodzinnego przy Białobrzeskiej. Basia mieszkała teraz sama, w tej samej kawalerce z aneksem, gdzie firanki wciąż pachniały jego papierosami, mimo że nie palił tam od dawna. Telewizor grał wieczorami byle co, byle nie ciszę. Któregoś dnia w telenowelach akurat leciała reklama proszku do prania, kiedy zadzwoniła córka, Ewa.
— Mamo, musisz zejść do piwnicy — powiedziała Ewa bez powitania. — Adaś zostawił tam rower, zabieram go na działkę, jestem pod blokiem, ale nie mam klucza od kłódki na drzwiach piwnicznych, ty masz zapasowy.
Basia poczuła, jak coś ścisnęło ją w brzuchu, dokładnie tam, gdzie zawsze.
— Nie zejdę — powiedziała. — Wyjmę ci klucz przez okno na sznurku, tylko poczekaj.
— Mamo, no co ty. Trzynaście lat minęło.
Trzynaście lat. Ewa powiedziała to jak liczbę z kwitka w przychodni, a dla Basi to była miara czegoś zupełnie innego — miara tego, ile razy stawała przed tymi drzwiami z żelaznym uchwytem i cofała się, jakby wciąż miała złamaną rękę w gipsie. Nie zeszła. Spuściła klucz na sznurku od firanki, przez uchylone okno na pierwszym piętrze, i patrzyła, jak córka macha do niej z dołu, jakby to była zupełnie zwyczajna rzecz.
Wieczorem przyjechała do niej wnuczka, Zosia, studentka drugiego roku pielęgniarstwa na Żwirki i Wigury, żeby oddać dwie miski po rosole. Zosia miała ten zwyczaj, że zawsze najpierw zaglądała do lodówki, sprawdzić, czy babcia w ogóle je, a potem dopiero mówiła, po co przyszła.
— Babciu, ja dziś w pracy w klinice widziałam coś dziwnego — powiedziała, siadając przy stole, na którym leżała nierozwiązana krzyżówka sprzed trzech dni. — Pacjent miał u nas na sali film puszczony, o słoniach. Trzymają je na sznurku, cienkim, byle jakim, i te słonie stoją. Chociaż mogłyby ten sznurek zerwać jednym ruchem nogi.
— I co z tego? — spytała Basia, bez większego zainteresowania mieszając herbatę.
— A to, że jak są małe, to je tak samo wiążą, i wtedy sznurek rzeczywiście je trzyma, bo są słabe. A potem rosną, stają się ogromne, silne, i mogłyby to zerwać jednym szarpnięciem. Ale nie próbują. Bo pamiętają, że kiedyś nie dało rady.
Basia nic nie powiedziała. Wstała, podeszła do okna, spojrzała na podwórko, gdzie akurat sąsiad wyprowadzał psa, tego samego kundelka, który zawsze szczekał na listonosza. Nie odezwała się przez dobrą minutę.
— Zosiu — powiedziała w końcu — a ty wiesz, dlaczego ja nie schodzę do piwnicy?
— Bo się boisz — odparła wnuczka prosto, bez owijania w bawełnę, tak jak tylko ona jedna w rodzinie potrafiła.
— Bo kiedyś tam spadłam. I złamałam rękę. I twój dziadek, zamiast pomóc, powiedział, że jestem niezdarna, że sama sobie jestem winna. I ja mu uwierzyłam. Uwierzyłam, że te schody są dla mnie za trudne, że ja się do nich nie nadaję.
— A teraz masz sześćdziesiąt trzy lata i dziadka już nie ma.
Zdanie zawisło w powietrzu razem z zapachem stygnącej herbaty. Basia patrzyła na kubek, na fusiki osiadające na dnie, i myślała o tym, że rzeczywiście — nikt jej dziś nie trzyma za rękę przy tych schodach. Nikt nie stoi nad nią z miną, że znowu coś zepsuje.
Nazajutrz, w sobotę, wzięła latarkę, tę dużą, po Zenonie, z żółtą obudową, i zeszła. Trzynaście stopni, policzyła je po drodze, jakby to miało jakieś znaczenie. Drzwi piwniczne skrzypnęły dokładnie tak samo jak trzynaście lat temu. Zapach wilgoci, ziemniaków u sąsiada zza ściany, stary rower Adasia oparty o regał, zakurzony maszyna do szycia Singer, którą kiedyś planowała sprzedać i nigdy nie sprzedała. Stała tam z minutę, czując pod stopami tę samą betonową posadzkę, na której się kiedyś poślizgnęła. Nic się nie stało. Nogi ją trzymały.
Wróciła na górę i zadzwoniła do Ewy.
— Byłam w piwnicy — powiedziała, jakby zdawała raport z czegoś zupełnie zwyczajnego, chociaż ręka lekko jej drżała, trzymając telefon.
— No i widzisz, mamo. Mówiłam.
Basia odłożyła słuchawkę i usiadła przy stole. Ale to nie był koniec tej historii, tylko jej pierwsza połowa, bo prawdziwy sznurek, ten najgrubszy, wcale nie wisiał na klatce schodowej.
Wisiał w papierach u notariusza przy placu Narutowicza, gdzie od roku leżała sprawa mieszkania po Zenonie. Mieszkanie było wspólne, kupione jeszcze w latach osiemdziesiątych, spłacone wspólnie, wyremontowane wspólnie — a mimo to syn, Marek, ten młodszy, ten, który mieszkał w Markach i przyjeżdżał raz na Wielkanoc, uparł się, że jako jedyny mężczyzna w rodzinie „powinien dostać większą część”, bo to on niby „będzie się mamą opiekował na starość”. Powiedział to na stypie, przy kawie i serniku, tak głośno, że aż ciotka Zenona z Radomia zakrztusiła się okruchem.
Basia wtedy przełknęła to w milczeniu, tak jak przez całe życie przełykała słowa Zenona. Podpisała u notariusza wstępne oświadczenie, że „nie będzie się sprzeciwiać ustaleniom rodzinnym”, bo Marek przyniósł jej to do podpisania w kuchni, między jednym kęsem kotleta a drugim, mówiąc, że to „tylko formalność, mamo, żebyśmy się nie kłócili przy prawniku”. Od tamtej pory minął rok. Marek zaczął już umawiać ekipę remontową do mieszkania, jakby było jego.
Zosia dowiedziała się o tym przypadkiem, przeglądając skrzynkę mailową babci, kiedy pomagała jej zapisać się na termin do okulisty. Zobaczyła maila od notariusza, pana Kowalika, z załączonym projektem aktu podziału.
— Babciu, ty wiesz, co tu jest napisane? — spytała, wpatrując się w ekran starego laptopa. — Że oddajesz Markowi sześćdziesiąt procent mieszkania. A sobie zostawiasz czterdzieści. To jest, licząc po cenach z tej ulicy, jakieś sto siedemdziesiąt tysięcy złotych różnicy.
Sto siedemdziesiąt tysięcy złotych. Basia usłyszała tę liczbę i coś w niej drgnęło, dokładnie tak samo jak wtedy na trzecim stopniu piwnicznych schodów.
— Ja podpisałam tylko, że się nie będę sprzeciwiać — powiedziała cicho.
— To nie to samo, co się zgodzić na sto siedemdziesiąt tysięcy złotych.
W poniedziałek Basia zadzwoniła do notariusza. Umówiła się na czwartek, na dziesiątą rano, sama, bez Marka, bez Ewy, tylko z Zosią, która wzięła sobie wolne z uczelni i pojechała z nią autobusem sto pięćdziesiąt czwartym.
Kancelaria pana Kowalika mieściła się na drugim piętrze starej kamienicy, z windą, która jechała tak wolno, że można było zdążyć przeczytać ogłoszenie o sprzątaczce przyklejone przy guzikach. W poczekalni pachniało kawą rozpuszczalną i odświeżaczem powietrza o zapachu lawendy. Basia trzymała na kolanach teczkę z dokumentami mieszkania — aktem własności, wyciągiem z księgi wieczystej, tym samym wypisanym z banku PKO potwierdzeniem spłaty kredytu sprzed dwudziestu lat.
Marek zjawił się bez zaproszenia, dziesięć minut po nich, bo Ewa mu powiedziała, że matka „coś kombinuje u notariusza”. Wpadł zdyszany, w skórzanej kurtce, którą kupił sobie za pieniądze, jakie kiedyś pożyczył od matki i nigdy nie oddał.
— Mamo, co ty robisz? Umówiliśmy się przecież.
— Ty się umówiłeś, Marku. Ja tylko podpisałam papier.
Pan Kowalik, mężczyzna po sześćdziesiątce z okularami na czubku nosa, spojrzał znad dokumentów.
— Pani Wróblewska ma prawo wycofać wstępne oświadczenie, dopóki akt podziału nie został podpisany w formie ostatecznej. Formalnie nic jeszcze nie zaszło.
— Ale ja już umówiłem ekipę do mieszkania! Zapłaciłem zaliczkę!
— To już pańska sprawa z ekipą, panie Marku — powiedziała Basia, i głos jej nie drżał, chociaż serce waliło jej jak młotek. — Ja postanowiłam, że mieszkanie zostaje podzielone po połowie, między tobą, Ewą i mną, tak jak jest w spadku po ojcu. Zero specjalnych warunków dla nikogo.
— Ty się mnie wypierasz? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?
Basia otworzyła teczkę i wyjęła kartkę, na której razem z Zosią, wieczorem przed tym spotkaniem, spisały dokładnie, ile pieniędzy pożyczyła Markowi przez ostatnie dziesięć lat i ile z tego oddał. Suma niespłacona wynosiła dwadzieścia dwa tysiące złotych.
— To wszystko odejmiemy od twojej części spadku, panie notariuszu, zgodnie z prawem — powiedziała, kładąc kartkę na biurku. — A resztę dzielimy po równo. Jak było zapisane w testamencie ojca.
Marek otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nic nie wyszło. Stał tak z tą swoją skórzaną kurtką, w której było mu teraz wyraźnie za gorąco, i patrzył na matkę, jakby widział ją pierwszy raz w życiu — nie jako kobietę, którą można było posadzić przy kuchennym stole i podsunąć jej kartkę do podpisu między kęsami kotleta, tylko jako kogoś, kto właśnie postawił stopę na trzecim stopniu i nie runął.
Wyszedł z kancelarii, trzasnąwszy drzwiami tak, że sekretarka aż podniosła głowę znad komputera. Zosia złapała babcię pod rękę, kiedy schodziły po schodach, bo winda akurat utknęła na parterze.
— Nie musisz mnie trzymać — powiedziała Basia. — Zejdę sama.
I zeszła. Dwadzieścia osiem stopni, tym razem nie licząc ich ze strachu, tylko dlatego, że Zosia właśnie opowiadała jej o egzaminie z farmakologii, który zdała na czwórkę. Na dworze czekał na nie autobus sto pięćdziesiąt czwarty, ten sam co zawsze, z tą samą naklejką reklamową sklepu meblowego na tylnej szybie. Basia usiadła przy oknie, oparła teczkę na kolanach i patrzyła, jak Warszawa mija za szybą — zwyczajnie, bez pośpiechu, tak jak zawsze mijała, tylko że tym razem to ona decydowała, dokąd jedzie.