Trzydzieści dwa lata leżała w szafie owinięta w stary koc, na strychu przy Miodowej w Krakowie, tam gdzie zimą hula wiatr przez nieszczelne okno na klatce schodowej. Tadeusz Wolski, siedemdziesiąt siedem lat, emerytowany technik z fabryki kabli, wyciągnął ją pewnego wtorku, bo wnuczka Zosia przyniosła mu w prezencie na urodziny nowe struny — nie wiedząc nawet, że dziadek kiedyś grał.
— Ty? Na gitarze? — zapytała, jakby powiedział, że kiedyś latał na Księżyc.
Miał dwadzieścia trzy lata, kiedy grywał w piwnicy przy Krakowskiej, na urodzinach kolegów, raz nawet na weselu kuzynki, za które dostał dwieście złotych i butelkę wódki. Potem była praca zmianowa, ślub z Haliną, dwoje dzieci, kredyt na mieszkanie — i gitara wylądowała na górnej półce, obok choinkowych ozdób i teczki z dyplomami.
Zaniósł ją do sklepu muzycznego na Starowiślnej. Sprzedawca, chłopak niewiele starszy od Zosi, pokręcił główką strunową, popukał w pudło rezonansowe i powiedział, że instrument jest w porządku, tylko zaniedbany — jak wszystko, co się zbyt długo trzyma w szafie.
Pierwszego wieczoru, kiedy usiadł w kuchni z gitarą na kolanach, palce nie chciały go słuchać. Próbował złapać akord E-dur, a wychodziło coś, co brzmiało jak zderzenie garnków. Halina, krojąc akurat cebulę na barszcz, parsknęła śmiechem tak głośno, że aż się zakrztusiła.
— Panie sąsiedzi, przepraszam za hałas!
Śmiał się razem z nią. Ale kiedy wracał do ćwiczeń następnego dnia, a ona znowu rzucała: „O, dziś koncert w M2" albo „Ile bilet, bo chyba wyjdę" — coś w nim zaczynało boleć naprawdę. Nie dlatego, że Halina chciała go zranić. Czterdzieści sześć lat razem, żarty były walutą ich małżeństwa od zawsze. Bolało, bo sam siebie nie poznawał — pamiętał chłopaka, który brał gitarę i grał bez myślenia, a teraz sam nie mógł ustawić palca na progu, nie licząc do dziesięciu.
Po dwóch tygodniach schował gitarę z powrotem. Halina nawet nie zapytała, gdzie się podziała.
Zosia przyszła w niedzielę, jak zwykle, z siatką bułek od piekarza z rogu i z pytaniem o postępy.
— Przestałem — powiedział krótko.
— Czemu?
— Za późno, żeby się uczyć od nowa w moim wieku.
Popatrzyła na niego tak, jakby powiedział coś głupiego, i zapytała wprost:
— Ale przecież fajnie ci było, nie?
Milczał. Bo owszem — zanim zaczął się przejmować, jak to brzmi, po prostu mu się podobało.
— To dla kogo ty właściwie grałeś?
Nie umiał odpowiedzieć od razu. Dla nikogo nie grał. A jednak porzucił coś, co lubił, bo bał się wyjść na śmiesznego. W wieku siedemdziesięciu siedmiu lat. Po tym, jak przez całe życie powtarzał dzieciom, żeby się nie przejmowały, co ludzie powiedzą.
Wyciągnął gitarę jeszcze tego samego wieczoru. Ćwiczył dwadzieścia minut przy kuchennym stole, obok stała nietknięta filiżanka herbaty. Halina znowu rzuciła żart — coś o Marku Grechucie. Tym razem odpowiedział:
— Wiem, że brzmi fatalnie. Ale jak się śmiejesz za każdym razem, odechciewa mi się grać.
Zamilkła. Nie spodziewała się, że to na niego tak działa. Przeprosiła — myślała, że to zabawne, mówiła, a nie że rani. Rozmowa trwała może minutę. W długim małżeństwie nie każda sprawa musi się zamienić w awanturę na cały wieczór.
Od tamtej pory Halina się nie śmieje. To znaczy — czasem tak, ale najpierw pyta, czy może.
Zosia przychodzi teraz co drugą niedzielę ze swoją gitarą elektryczną, gra rzeczy, których dziadek nie rozumie, a on uczy ją starych akordów, które jeszcze pamięta z tamtej piwnicy przy Krakowskiej. Kilka tygodni temu udało im się razem zagrać całą piosenkę Skaldów. Mylił się kilka razy. Nie miało to znaczenia. Halina nagrała ich telefonem, stojąc w drzwiach kuchni z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
— Bardzo się poprawiłeś — powiedziała, kiedy skończyli.
— Dalej brzmi średnio — odparł.
— Ale już nie przerywasz, jak się pomylisz.
Pomyślał, że to najlepsza rzecz, jaką mogła mu powiedzieć.
Muzykiem nie zostanie. Może za pięć lat ręce już go zawiodą do reszty. Właśnie dlatego nie chce znowu chować gitary na trzydzieści lat.
Rzecz, która zmieniła się naprawdę, nie miała nic wspólnego z akordami. Miesiąc później, w niedzielę, Tadeusz poszedł do notariusza przy placu Wolnica — sam, bez Haliny, bez Zosi. W kopercie miał wypis z księgi wieczystej mieszkania przy Miodowej. Od lat leżało zapisane w testamencie na syna, Piotra, tego, który dzwonił raz na dwa miesiące i nigdy nie zapytał, czy ojciec jeszcze gra. Tadeusz zmienił zapis: mieszkanie po nim i po Halinie ma przypaść w połowie córce, w połowie Zosi — tej, która przyszła w niedzielę z pytaniem, zamiast z pretensją. Notariusz wydrukował dwie kopie, jedną schował do teczki w szafie, obok futerału z gitarą. Kiedy Piotr się o tym dowiedział, zadzwonił wściekły, pytał, dlaczego go pominięto. Tadeusz odpowiedział spokojnie, że nie pominął — po prostu oddał to, na co czekała osoba, która naprawdę przychodziła.
Halina, kiedy wrócił od notariusza, nie zapytała o nic. Postawiła przed nim talerz z żurkiem i powiedziała tylko:
— Zagrasz mi dzisiaj coś?
Zagrał. Pomylił się w drugiej zwrotce. Nikt się nie roześmiał.