Rachunek za świece w kaplicy w Bydgoszczy

Pracuję w kwiaciarni naprzeciwko kaplicy cmentarnej na Wyżynach już jedenasty rok, więc pogrzeby, chrzciny i te rzadsze już bierzmowania znam na pamięć – po zamówieniach. Ktoś bierze białe róże, ktoś chryzantemy, a ktoś w ogóle nic, bo ma tylko dwadzieścia złotych i prosi, żebym dała mu jedną gałązkę za darmo. Nie oceniam. Za ladą człowiek robi się przezroczysty.

Panią Krystynę zapamiętałam, bo przychodziła po kwiaty na grób męża co miesiąc, punktualnie jak pociąg do Torunia, i zawsze pytała o cenę, zanim wybrała, ile wziąć. Emerytura nauczycielki matematyki nie rozpieszcza. Jej córka, Ania, mieszkała wtedy w Berlinie i wracała może raz na dwa lata, na święta, z torbami pełnymi niemieckich czekoladek, których nikt w rodzinie nie jadł, bo były za słodkie.

Wnuk, Kuba, to inna sprawa. Jego zapamiętałam, bo w zeszłym roku, w listopadzie, przyszedł do mnie po wieniec – na pogrzeb babci, tej samej pani Krystyny – i płacił kartą, która trzy razy odbiła się od terminala, zanim przeszła. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat, pracował jako mechanik w warsztacie przy obwodnicy, i widziałam po jego rękach – te czarne obwódki pod paznokciami, których olej silnikowy nie odpuszcza nawet po umyciu – że nie przyszedł prosto z domu, tylko z pracy.

Pani Krystyna umarła nagle, zawał, w swoim mieszkaniu na Fordonie, w bloku z wielkiej płyty, gdzie mieszkała czterdzieści lat. Kuba ją znalazł, bo miał klucz i wpadał codziennie po pracy sprawdzić, czy babcia coś zjadła. Ania przyleciała z Berlina dwa dni później, w czarnym płaszczu, który pachniał lotniskiem – tym specyficznym zapachem plastiku i kawy z automatu.

Na stypie w barze mlecznym przy ulicy Gdańskiej, tym samym, gdzie pani Krystyna jadła zawsze pierogi z serem w środy, siedziałam przypadkiem przy sąsiednim stoliku – umówiona z koleżanką, która nie miała pojęcia, czyj to pogrzeb – i słyszałam więcej, niż powinnam.

Ania mówiła o mieszkaniu. Głośno, jakby liczyła, że nikt nie policzy, ile razy powtórzy słowo „należy się". Mieszkanie miało czterdzieści dwa metry, dwa pokoje, kuchnia z oknem na podwórko, gdzie sąsiadka od lat suszyła pranie na sznurku między blokami. Warte, jak później usłyszałam od notariusza, który też wpadł na kawę do baru, jakieś czterysta tysięcy złotych. Ania chciała sprzedać od razu, podzielić się, wrócić do Berlina przed świętami.

Kuba nie chciał sprzedawać. Powiedział to cicho, ale wyraźnie: babcia zapisała mu w testamencie prawo dożywotniego zamieszkania, bo to on się nią zajmował, on robił zakupy, on woził ją do przychodni na Kujawskiej, kiedy bolało kolano. Ania miała swoją część spadku – oszczędności, jakieś trzydzieści osiem tysięcy złotych na koncie – ale mieszkania chciała też, całego, bo, jak powiedziała, „to i tak kiedyś by było moje".

Nie wiem, co dokładnie zaszło potem, bo koleżanka zaczęła opowiadać mi o swoim rozwodzie i przestałam słuchać sąsiedniego stolika. Ale zapamiętałam, jak Ania wstała od stołu, zostawiła nietknięty kompot z wiśni i wyszła, nie żegnając się z nikim poza księdzem.

Kuba wrócił do mnie po kwiaty w marcu, na imieniny babci – nosił je na grób, mimo że imieniny zmarłych to nie do końca polski zwyczaj, ale on chyba potrzebował powodu, żeby tam wracać co miesiąc. Opowiedział mi, bez pytania z mojej strony, że przez pół roku Ania próbowała przez adwokata podważyć testament – że babcia była już schorowana, że mogła nie wiedzieć, co podpisuje. Sąd rejonowy na Toruńskiej odrzucił sprawę, bo lekarz rodzinny zeznał, że pani Krystyna do ostatniego dnia rozwiązywała krzyżówki i pamiętała numery kont bankowych na pamięć.

Kuba nie mścił się. Zrobił coś prostszego. Poszedł do notariusza, tego samego, co pił kawę w barze, i formalnie ustanowił swoje prawo dożywocia w księdze wieczystej – wpis, który każdy przyszły nabywca musi teraz widzieć, zanim cokolwiek kupi. Mieszkania nie da się sprzedać za pełną cenę, dopóki on tam mieszka. Ania dostała swoją część spadku, te trzydzieści osiem tysięcy, i nic więcej.

Widziałam ją raz jeszcze, we wrześniu, kiedy wpadła po drodze na lotnisko kupić wiązankę – nie wiem dla kogo, może dla siebie, może żeby zostawić na grobie i mieć to z głowy. Zapytała mnie, czy wiem, kiedy Kuba wyprowadzi się z mieszkania. Powiedziałam, że nie mam pojęcia. Zapłaciła kartą bez problemu, w przeciwieństwie do niego, i wyszła, nie oglądając się na kaplicę po drugiej stronie ulicy.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 + 16 =