Drugi pilot w niebieskim pokoju

Mam sześćdziesiąt osiem lat i przez większą część czterdziestu jeden lat małżeństwa to mój mąż decydował, co leci w telewizji. Nie dlatego, że nie miałam własnego zdania. Po prostu łatwiej było powiedzieć „oglądaj, co chcesz" niż poświęcić pięć minut na wytłumaczenie, co naprawdę chciałabym obejrzeć.

Mój mąż ma na imię Waldemar. Mieszkamy pod Wrocławiem, w domku, który kupiliśmy jeszcze wtedy, gdy rata kredytu wynosiła mniej niż osiemset złotych miesięcznie – to już powie wam, ile lat to trwa. Kolacja o osiemnastej trzydzieści, zawsze o tej porze, odkąd Waldek przeszedł na emeryturę z fabryki i przestał chodzić na zmiany, ale godziny zostawił po staremu. Ja zmywam, on wyciera blat, a potem lądujemy na kanapie jak dwoje ludzi, którzy robili to tyle razy, że nawet poduszki mają w tej sprawie swoje zdanie.

Przez większość tych wieczorów telewizor należał do niego. Programy o licytacjach samochodów. Cała karuzela kryminalnych dokumentów o sprawach sprzed dekad. Mecze reprezentacji, oczywiście, i kanał, który w kółko puszczał te same trzy seriale sądowe, które mogłabym recytować przez sen. Siedziałam z krzyżówką albo telefonem, wydając od czasu do czasu jakiś dźwięk, żeby wyglądało, że słucham, i szczerze wierzyłam, że jestem w tym wszystkim po prostu wyrozumiała.

Aż moja bratowa namówiła mnie na serial na Netfliksie – jeden z tych brytyjskich kryminałów z ponurym oświetleniem i detektywem, który nigdy nic nie je. Obejrzałam pierwszy odcinek sama, we wtorkowe popołudnie, kiedy Waldek pojechał na kontrolę do kardiologa. Gdy wrócił, do końca zostało mi piętnaście minut. Usiadł, chwycił pilota z poręczy kanapy z czystego nawyku i zapytał, czy zaczął się już mecz Śląska.

Wyłączyłam telewizor. Nawet się nie zastanowiłam – po prostu kliknęłam, jakby te ostatnie piętnaście minut w ogóle się nie liczyły.

Nie chodziło mi wcale o ten mecz. Chodziło o to, że nawet przez sekundę nie zarejestrował, że coś oglądam. Dla niego telewizor włączony znaczył tylko tyle, że dotrzymuję mu towarzystwa, czekając na jego program.

Jakieś sześć tygodni później kupiliśmy drugi telewizor – mniejszy, w promocji w Media Markt na Bielanach – do pokoju, który kiedyś należał do naszego syna Marcina, zanim wyprowadził się do Poznania. Plan, a właściwie to, co sobie wmawiałam, że jest planem, zakładał, że Waldek będzie tam oglądał mecze w wieczory, kiedy przychodzi do mnie klub czytelniczy. Wyszło zupełnie inaczej.

Za pierwszym razem zaniosłam na górę kubek kawy bezkofeinowej, przymknęłam drzwi i włączyłam drugi odcinek. Usiadłam w starym fotelu, który wciąż pachnie wodą kolońską nastolatka sprzed dwudziestu lat. Zostałam prawie dwie godziny. Kiedy zeszłam na dół, Waldek spał przed powtórką serialu sądowego z otwartymi ustami.

Zrobiłam to samo następnego wieczoru. I kolejnego.

Przez jakiś czas czułam się, jakbym trafiła szóstkę w Lotto. Obejrzałam cały cykl dokumentów o Biebrzańskim Parku Narodowym bez jednego przerywnika. Skończyłam brytyjski program o pieczeniu od pierwszego do ostatniego odcinka. Nikt nie kazał mi tłumaczyć, co się dzieje. Nikt nie wyrywał mi pilota. Ale po jakimś miesiącu zaczęło mi coś nie dawać spokoju, choć trudno mi było to nazwać. Ja i Waldek, bez żadnej wspólnej decyzji, przestaliśmy spędzać wieczory w jednym pokoju. Jedliśmy, sprzątaliśmy i rozchodziliśmy się do swoich ekranów jak dwoje ludzi zaczynających osobne zmiany.

Pewnego wieczoru zapytał, czy coś mnie gryzie. Powiedziałam, że nie. On na to: „Już w ogóle ze mną nie siedzisz". Przypomniałam mu – ostrzej, niż zamierzałam – że latami siedziałam z nim i oglądałam rzeczy, które kompletnie mnie nie obchodziły. Był naprawdę zaskoczony. Przez cały ten czas był przekonany, że te programy mi się podobają.

– Nigdy nie powiedziałaś, że nie – rzucił.

To mnie trafiło, bo miał rację. Latami po cichu gromadziłam żal o coś, czego ani razu nie powiedziałam na głos. Chciałam, żeby sam się domyślił, że się nudzę, jednocześnie zapewniając go, że to bez znaczenia.

Tego wieczoru pokłóciliśmy się na poważnie, nie na krzyki, tylko na te szczere do bólu zdania, które padają, gdy oboje przestają udawać. Powiedziałam mu, że nigdy nie pyta, czego ja chcę. On powiedział, że ja nigdy nie daję jasnej odpowiedzi. Żadne z nas nie myliło się całkowicie.

Następnego ranka, przy kawie w kuchni – kaloryfer w tej kuchni wciąż stuka, kiedy odpala ogrzewanie, czterdzieści jeden lat, a nigdy tego nie naprawiliśmy – ustaliliśmy zasadę tak oczywistą, że aż mnie zawstydziło, że tyle to trwało. Dwa wieczory w tygodniu wybieram ja. Dwa wieczory wybiera on. Jeśli jedno z nas nie jest zainteresowane, może wziąć mały telewizor na górę i nie robić z tego afery. W piątki staramy się znaleźć coś, co obejrzymy oboje.

Pierwszy wieczór, kiedy była moja kolej, puściłam hiszpański film z napisami, o którym Waldek był przekonany, że uśpi go w dziesięć minut. Po pół godzinie to on prosił, żebym cofnęła, bo coś przegapił. Tydzień później to ja usiadłam z nim do dokumentu o historii jakiejś starej sali bokserskiej w Łodzi, przygotowana na śmiertelną nudę, a wciągnęłam się bez reszty.

Nie polubiliśmy nagle tych samych rzeczy. Ale nigdy o to nie chodziło. Chodziło o to, że po raz pierwszy od czterdziestu lat oboje naprawdę wiemy, czego chce ta druga osoba – bo w końcu zaczęliśmy o tym mówić na głos, zamiast się domyślać.

W zeszły piątek mały telewizor na górze stał ciemny, nieużywany, a fotel pusty, jeśli nie liczyć pledu, który zostawił po sobie Marcin. Ja i Waldek dzieliliśmy się popcornem na kanapie na dole i oglądaliśmy dokument, którego żadne z nas nie wybrało z góry – przewijaliśmy razem propozycje i kłóciliśmy się dziesięć minut, zanim się zdecydowaliśmy. W połowie filmu wyciągnął rękę i ściszył telewizor o dwa oczka bez pytania, z czystego przyzwyczajenia, a ja sięgnęłam i pogłośniłam o jedno, też bez pytania. Złapaliśmy się na tym oboje i żadne z nas nic nie powiedziało. Nie musieliśmy.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sixteen − 3 =