Jestem pielęgniarką na oddziale urazowym w Szczecinie od siedemnastu lat i myślałam, że mnie już niczym nie zaskoczą. A potem trafił do nas Ryszard.
Przywieźli go w piątek, jakoś tak przed dziewiętnastą, karetka z sygnałem, na ambulatoryjce leżał w motocyklowej kurtce, cały poobijany, ale przytomny. Skóra na kurtce pachniała spalonym olejem i asfaltem — ten zapach potem długo mi się kojarzył z tą historią. Miał siedemdziesiąt jeden lat. Złamanie miednicy, dwa żebra, otarcia na całym lewym boku. Nie krzyczał. Leżał i patrzył w sufit, jakby liczył płytki.
Zajęłam się nim, bo akurat miałam wolne łóżko na sali. Przy przyjęciu pytam zawsze o rodzinę do kontaktu — wypisał numer syna bez chwili wahania, ale dodał: "Tylko proszę, niech pani nie mówi, że to przez motocykl. Powiedzcie, że upadłem na ulicy."
Nie mówię takich rzeczy rodzinie, to nie moja sprawa, ale zapytałam, czemu go to tak martwi.
— Bo syn od razu powie: a nie mówiłem.
Syn przyjechał tego samego wieczoru, z żoną. Poznałam ją, bo od razu, w drzwiach na korytarzu, zapytała mnie, gdzie jest kasa szpitalna i czy prywatna karta może przyspieszyć zabieg. Nazywała się Beata. Mąż, Tomasz, w wieku może czterdziestu ośmiu lat, wysoki, łysiejący, wszedł na salę i stanął przy łóżku, nie siadając.
— Tato, no i co teraz. Mówiłem ci.
Ryszard nie odpowiedział. Zamknął oczy.
Trzeba tu powiedzieć, co ja z korytarza i z dyżurki poskładałam z rozmów odwiedzających, bo pełnej historii nikt mi nie opowiedział — takie rzeczy się słyszy w kawałkach, między zmianą kroplówki i pytaniem o wynik badania. Miesiąc wcześniej umarła jego żona, Basia. Poślizgnęła się w łazience, uderzyła głową o brzeg wanny, karetka przyjechała za późno. Ryszard był wtedy na działce koło Goleniowa, kopał ziemniaki. Po pogrzebie syn z synową zaczęli rozbierać mieszkanie na Pogodnie, gdzie Ryszard z Basią mieszkali czterdzieści dwa lata. Wynosili worki z ubraniami, mówili, że oddadzą matce Beaty na przeróbki, resztę na śmietnik. Stary człowiek siedział na ławce przed blokiem i patrzył, jak wynoszą płaszcz, który sam kupił żonie dziesięć lat temu w Domu Handlowym na Niebuszewie — ona chciała czarny, on powiedział, bierz granatowy, do ciebie pasuje.
To już wiedziałam, bo Beata sama to opowiedziała pielęgniarce z nocnej zmiany, śmiejąc się, że "stary uparł się mieszkać sam, no i patrz, do czego to doprowadziło".
Do czego doprowadziło — to do tego, że Ryszard, kiedy syn kazał mu się przenieść do nich, "bo sam nie da rady", odpowiedział, że mieszkanie jest jego, dopóki żyje, i kupił motocykl. Ciężki, czarny, japoński silnik, dwieście czterdzieści tysięcy złotych — to też wiem, bo leżał u nas na sali z drugim pacjentem, panem Edwardem, emerytowanym mechanikiem, i przez trzy dni po nocach opowiadał mu o tym motocyklu jak o czymś świętym. Skąd te pieniądze — o tym dowiedziałam się dopiero później, i to przypadkiem.
Trzeciego dnia, kiedy zmieniałam mu opatrunek na boku, Ryszard powiedział, nie patrząc na mnie, tylko w okno, za którym akurat przejeżdżał tramwaj numer osiem:
— Ona mi to zostawiła. List znalazłem w teczce z dokumentami, którą synowa wywalała jako niepotrzebną. Trzysta tysięcy złotych, po jednej kopercie. Dziesięć lat odkładała z emerytury, z pieniędzy na dom, które ja jej dawałem. Napisała: kup sobie coś, co zawsze chciałeś, tylko im nie dawaj.
— I pan kupił motocykl.
— Kupiłem. Miałem takiego Iża, jak byłem młody. Sprzedałem, bo Basia się bała.
Uśmiechnął się przy tym pierwszy raz, odkąd go przyjęłam.
Do wypadku doszło na trasie w stronę Stargardu, jak zrozumiałam z papierów od pogotowia — wyprzedzał ciężarówkę, poślizg na mokrym asfaltowym poboczu, motocykl zarzuciło. Sam. Nikogo więcej nie było w to zamieszane, co dla mnie było ważne, bo znaczyło, że przynajmniej nie musiał się z niczym tłumaczyć na policji poza swoim.
Rano po tej rozmowie o liście przyszła do niego Beata, sama, bez Tomasza. Stanęła przy łóżku i zaczęła od razu, bez "jak się czujesz":
— Ryszard, musimy pomówić o mieszkaniu. Skoro pan widzi, że sam się pan nie utrzyma, może rozsądniej będzie to teraz uregulować. Notarialnie. Zanim się coś jeszcze stanie.
Byłam wtedy przy sąsiednim łóżku, robiłam iniekcję panu Edwardowi, i nie musiałam nawet się starać, żeby usłyszeć — mówiła głośno, jakby chciała, żeby cały pokój ją poparł.
Ryszard podniósł się na łokciu, mimo bólu, widziałam, jak mu drgnęła twarz.
— Beata. Ja nie umieram. Mam złamaną miednicę, nie mózg.
— Nikt nie mówi, że pan umiera, tylko trzeba myśleć praktycznie.
— Praktycznie to jest tak: mieszkanie jest moje. Zapisane jest w testamencie u notariusza na Krzywoustego, dostanie je Tomasz, jak umrę. Nie wcześniej. I proszę, niech pani już nie wywozi rzeczy Basi. Tego co zostało.
Beata spojrzała na mnie, jakby to ja miałam ją poprzeć, wyszła z sali bez słowa, obcasy stukały aż do windy.
Tomasz przyszedł wieczorem, sam. Siadł na krześle, długo nic nie mówił, kręcił w rękach kluczyki od swojego auta.
— Tato, przepraszam za Beatę. Ona się boi, że zostaniemy z niczym, jak coś się stanie.
— Wiem, że się boi. Ale ja jeszcze żyję.
— Ten motocykl to szaleństwo.
— To szaleństwo kupiła mi twoja matka, synu. Odkładała na to dziesięć lat, żebym miał, co chciałem, a nie co wam się przyda.
Widziałam, jak Tomaszowi drgnęła szczęka. Nic nie odpowiedział.
Ryszard wyszedł ze szpitala po dwudziestu dniach, na wózku, potem o kulach. Pół roku rehabilitacji, chodził do nas jeszcze na kontrolę, znałam go już dobrze. Ostatni raz widziałam go w marcu — przyszedł zdjąć gips z przedramienia, po jakimś innym drobnym urazie już nie z motocykla, ot, poślizgnął się na chodniku. Zapytałam, czy jeszcze jeździ.
— Sprzedałem motocykl. Za grosze, ale sprzedałem, bo już nie umiem tak, jak trzeba, po tej miednicy.
— A pieniądze?
Uśmiechnął się i wyjął z kieszeni marynarki złożoną kartkę, wyglądała jak wydruk z konta.
— Za to, co zostało z tych trzystu tysięcy i za motocykl, kupiłem mieszkanie na Basi imię. To znaczy na moje imię, ale z jej nazwiskiem panieńskim w akcie darowizny dla wnuczki, Zosi. Ma dziewiętnaście lat, studiuje w Poznaniu, mieszka na wynajmie za tysiąc osiemset miesięcznie. Teraz ma swoje. Tomasz się wściekł, mówi, że powinienem im, że to niesprawiedliwe. A ja mówię: sprawiedliwie to, żeby dziewczyna miała dach nad głową, a nie żeby wy mieli co sprzedać.
Zapisałam mu wtedy w karcie tylko, że gips zdjęty, rana zagojona, kontrola za miesiąc niepotrzebna. Ale zapamiętałam tę kartkę z konta, którą chował z powrotem do kieszeni marynarki jak coś, co trzeba nosić przy sobie na wszelki wypadek. Wychodząc, w drzwiach poradni, odwrócił się jeszcze i powiedział, bardziej do siebie niż do mnie:
— Basia by się ze mnie śmiała. Że w moim wieku jeszcze się z synem kłócę o mieszkanie. Ale ja jej powiedziałem tam, na cmentarzu, jak jeździłem tym motocyklem — że zrobiłem, co chciała. Resztę już jej sprawa, tam gdzie jest.
Więcej go nie widziałam. Karteczka z jego numerem wisi jeszcze w starej dokumentacji, którą kiedyś trzeba będzie zarchiwizować.