Pracuję w tej kawiarni od dziewięciu lat, na rogu Długiej, tuż przy Rynku, tam gdzie tramwaj skręca z piskiem, który słychać nawet przez podwójne szyby. Znam już rytm tego miejsca na pamięć: o ósmej studenci z pobliskiej filologii, o dziesiątej emerytki na cieście z rabarbarem, a po południu ci, którzy przychodzą, bo akurat nie mają dokąd pójść. Tamtego dnia, w połowie września, kiedy liście klonu na Rynku zaczynały już żółknąć, zmiana miała się kończyć o siedemnastej i już liczyłam minuty, bo autobus do domu jeździ co dwadzieścia parę minut, a spóźnienie oznacza czekanie na wietrze.
Pani Halina przychodziła do nas co czwartek, zawsze o tej samej porze, zawsze przy oknie, zawsze z tą samą filiżanką — bez cukru, z odrobiną mleka. Miała siedemdziesiąt trzy lata, siwe włosy krótko przycięte, w uszach małe srebrne kolczyki w kształcie liści. Nosiła zawsze ten sam szary sweter z jednym rozciągniętym rękawem, jakby ktoś kiedyś ciągnął ją za ten rękaw i ślad został na zawsze. Kelnerka z porannej zmiany mówiła, że pani Halina kiedyś prowadziła pracownię krawiecką przy Gdańskiej, ponad trzydzieści lat, zanim przeszła na emeryturę i zamknęła interes, bo konkurencja z sieciówek ją wykończyła.
Tamtego czwartku zjawiła się dwadzieścia minut wcześniej niż zwykle, z kopertą przyciśniętą do piersi, i usiadła nie przy swoim oknie, tylko przy barze, tuż obok kasy. Koperta była gruba, urzędowa, z nadrukiem dewelopera, który stawiał bloki na miejscu dawnych ogródków działkowych za Szwederowem.
— Może pani jeszcze chwilę poczekać, stolik przy oknie zaraz się zwolni — powiedziałam, bo studenci przy jej miejscu właśnie zbierali plecaki.
— Nie dziś. Muszę mieć panią blisko, bo boję się, że zaraz zadzwonię do syna sąsiadki i się rozmyślę — odparła, kładąc kopertę na barze płasko, jakby przygważdżała ją do blatu.
Zapytałam, o co chodzi, bo z nikim innym nie miałam akurat roboty, a ekspres i tak grzał się na następne espresso. Okazało się, że deweloper od miesiąca składał jej oferty na mieszkanie na Szwederowie, to samo, w którym mieszkała od czterdziestu lat, z maszyną do szycia w kącie i widokiem na komin dawnej cukrowni. Suma, którą proponowali, rosła z tygodnia na tydzień — zaczęło się od trzystu tysięcy, teraz w kopercie leżała propozycja na czterysta dwadzieścia, do podpisania w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, bo inaczej oferta przepadała.
— Syn sąsiadki jest prawnikiem, powiedział, że mam żądać więcej, bo za rok ta ziemia będzie warta drugie tyle, jak zbudują tam galerię — powiedziała, nie patrząc na mnie, tylko na kopertę. — Ale ja nie chcę czekać roku. Ja chcę wiedzieć dzisiaj, czy jestem głupia, że się zgadzam.
W tym momencie zadzwonił jej telefon, stary, z dużymi cyframi, taki, jaki wnuki kupują babciom w prezencie. Odebrała, powiedziała "tak, słucham", a potem jej twarz się zmieniła — pobladła trochę, ręka z telefonem opadła jej niżej.
— Kto to był? — spytałam, bo już nalałam jej wody, choć nie prosiła.
— Deweloper. Mówi, że jeśli nie podpiszę dzisiaj do osiemnastej, cena spada do trzystu osiemdziesięciu, bo mają już innego chętnego z tej klatki. — Odłożyła telefon obok koperty, wyrównując go do krawędzi blatu, jakby porządek na barze mógł jej pomóc uporządkować coś w głowie.
Zerknęłam na zegar nad kasą — była szesnasta czterdzieści, do osiemnastej zostawało niecałe półtorej godziny, a mój autobus miał przyjechać o siedemnastej dwanaście. Postawiłam przed nią filiżankę, choć nie zamawiała, tylko żeby mieć pretekst zostać przy barze.
— Pracownię zamknęłam, bo się bałam, że jak nie zamknę sama, to zamknie mnie życie — powiedziała w końcu, nie podnosząc wzroku znad koperty. — Mąż umarł, córka wyjechała do Poznania za robotą, ja zostałam z maszyną, której nikt nie chciał kupić, bo wszyscy wolą ubranie za dwadzieścia złotych z marketu niż przeróbkę u krawcowej. I teraz to mieszkanie to jedyne, co się nie zmieniło przez czterdzieści lat. A oni mi mówią: podpisz do osiemnastej.
Podeszła do nas Ania, moja koleżanka ze zmiany, żeby zapytać, czy podać deser — mieliśmy tego dnia ostatnią porcję szarlotki, bo jabłka się kończyły. Pani Halina pokręciła głową, po raz pierwszy tego dnia się uśmiechając, ale krzywo, jakby uśmiech kosztował ją więcej niż zwykle.
— Nie teraz, kochana. Jak podpiszę, to postawię szarlotkę dla całej kawiarni.
Zadzwonił telefon jeszcze raz — tym razem to była córka z Poznania, bo pani Halina powiedziała "Kasiu" i odsunęła się trochę od baru, jakby chciała rozmawiać w sekrecie, choć i tak wszystko słyszałam. Powiedziała córce o kopercie, o cenie, o terminie do osiemnastej. Coś tam Kasia mówiła długo, bo pani Halina tylko kiwała głową do słuchawki, aż w końcu przerwała:
— Kasiu, ja wiem, że ty nie wrócisz do tego mieszkania mieszkać. Ty masz swoje życie w Poznaniu. Ja pytam, czy ty się obrazisz, jeśli ja to sprzedam.
Cisza po drugiej stronie musiała trwać dłużej, bo pani Halina odsunęła telefon od ucha, spojrzała na wyświetlacz, jakby sprawdzała, czy połączenie nie padło. Potem usłyszałam, już bliżej słuchawki:
— Mamo, sprzedaj. Weź te pieniądze i kup sobie coś, na czym ci zależy, zamiast trzymać komin cukrowni za oknem.
Rozłączyła się, odłożyła telefon obok koperty, wyprostowała plecy. Wyjęła z torebki długopis, taki zwykły, żelowy, z reklamą apteki na obudowie, i podsunęła go sobie bliżej, ale jeszcze nie otworzyła koperty.
— Wie pani, co mnie w tym wszystkim najbardziej trzyma? — powiedziała do mnie, bo nie miała już do kogo innego. — Nie pieniądze. Tylko to, że jak podpiszę, to będę musiała wybrać, dokąd pójdę w czwartek po południu, jak już nie będzie tego mieszkania po drodze do kawiarni.
— Może tutaj — powiedziałam, bo naprawdę nie wiedziałam, co innego powiedzieć, a zegar nad kasą pokazywał już szesnastą pięćdziesiąt osiem.
Rozerwała kopertę jednym ruchem, wyjęła dokumenty, przewróciła kartki do ostatniej strony, gdzie było miejsce na podpis, i podpisała się swoim pełnym imieniem i nazwiskiem, litery trochę drżące na pierwszej literze, potem już pewne. Zadzwoniła do dewelopera, powiedziała, że zgadza się na czterysta dwadzieścia, że papiery są gotowe, że może przyjechać jeszcze dziś, bo ona nie chce spać z tą decyzją jeszcze jedną noc.
Kiedy się rozłączyła, popatrzyła na podpisane kartki, potem na mnie.
— Za tydzień przyniosę pieniądze na tę czerwoną sukienkę, którą kupiłam dwadzieścia lat temu na wesele bratanicy i nigdy nie założyłam, bo była za odważna. W końcu ją założę na coś więcej niż na mszę za męża.
Zbierałam już wtedy filiżanki ze stolika obok, kątem oka patrząc na zegarek nad kasą — dochodziła siedemnasta, autobus miał przyjechać za dwanaście minut, a ja jeszcze musiałam przeliczyć kasę i wynieść śmieci. Zdążyłam jednak zapytać:
— A nie żal pani tego mieszkania?
— Żal. Ale bardziej żal byłoby mi siedzieć w nim jeszcze dziesięć lat i czekać, aż ktoś inny zdecyduje za mnie, kiedy to sprzedać. — Złożyła dokumenty równo, wsunęła je z powrotem do koperty, tym razem lekko, bez przyciskania do piersi.
Zebrałam ze stolika resztę naczyń i poszłam do zaplecza przeliczyć utarg, bo zmiana się kończyła, a szef nie lubił, jak się z tym ociągać. Kiedy wyszłam już w kurtce, z torbą przewieszoną przez ramię, pani Halina wciąż siedziała przy barze, sama, z kopertą odłożoną na bok i telefonem, na którym pisała wiadomość — pewnie do dewelopera albo do córki. Poprawiła rękaw swetra, ten rozciągnięty, i patrzyła przez szybę na Rynek, gdzie akurat zapalały się pierwsze latarnie.
Na przystanku, czekając na autobus, pomyślałam, że za tydzień w czwartek pani Halina i tak przyjdzie o tej samej porze, usiądzie przy oknie, zamówi kawę bez cukru z odrobiną mleka. Tylko że po drodze nie minie już komina cukrowni ani swojej starej klatki schodowej — minie coś innego, czego jeszcze nie znam. Tramwaj przejechał z tym samym piskiem co zawsze, wiatr poderwał kilka żółtych liści z klonu przy przystanku, i pomyślałam, że w przyszły czwartek zapytam ją, czy w końcu kupiła tę czerwoną sukienkę.