Krzyczała, jeszcze zanim usiadła na krześle.
— Pani doktor to widziała?! — Pani Ilona Dobrzańska, kobieta po sześćdziesiątce, w wełnianym berecie, z reklamówki z Biedronki wystawał jej pęczek pietruszki, a w drugiej ręce trzymała zwiniętą gazetę i waliła nią teraz w blat biurka jak w bęben. — Niech pan przeczyta!
Pracuję jako pielęgniarka w przychodni rejonowej na Pradze od siedemnastu lat i widziałam już niejedną scenę w gabinecie numer 4, ale ta zaczęła się inaczej niż zwykle. Był wtorek, druga połowa października, za oknem mżyło, a pani Dobrzańska przyszła po zwykłą receptę na ciśnienie — sprawa na pięć minut. Zamiast tego rozłożyła na biurku lokalny dodatek do "Życia Warszawy" i przycisnęła palcem pierwszą stronę tak mocno, że papier się pomiął.
— Ten piłkarz. Francuz. Kantona się nazywa, grał kiedyś w Manchesterze — powiedziała, nie dając doktorowi Woltyńskiemu dojść do słowa. — Powiedział, że ten, kto zaczyna wojnę, powinien sam iść na front. Prezydent, premier, kto tam decyduje. Nie osiemnastoletni chłopak.
Doktor miał kolejkę do jedenastej osoby i receptę już otwartą na ekranie, ale odsunął klawiaturę.
— Pani Ilono, ja się znam na nadciśnieniu, nie na wojnach — powiedział, chcąc zamknąć temat, tak jak zamykał go zwykle, kiedy ktoś przynosił do gabinetu politykę zamiast recepty.
— To niech pan posłucha, zanim się pan zna czy nie zna. — Złożyła gazetę, ale nie odłożyła jej, tylko trzymała przy piersi, jakby to była karta wypisu ze szpitala. — Mój wnuk ma dziewiętnaście lat. Studiuje w Poznaniu, informatykę. I ja se myślę: gdyby coś się działo, to kto by po niego przyszedł? Nie ci, co decydują przy stole. On by poszedł.
W tym momencie doktor Woltyński zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam — wstał od biurka. Podszedł do okna, jakby potrzebował odległości, i dopiero stamtąd powiedział, cicho, ale wyraźnie:
— Mój syn ma dwadzieścia jeden lat.
Zapadła cisza tak nagła, że słychać było, jak w poczekalni ktoś przekłada gazetę.
— Jest w Krakowie, na AGH — dodał, nie odwracając się. — I odkąd zaczęło się to wszystko na Ukrainie, przestałem oglądać wiadomości wieczorem, bo nie mogę spać. Pani myśli, że pani jedna to sobie wyobraża, pani Ilono? Ja to sobie wyobrażam codziennie. I nienawidzę siebie za to, że nic z tym nie robię poza tym, że nie oglądam telewizji.
Pani Dobrzańska spojrzała na niego tak, jakby nagle zobaczyła innego człowieka niż ten, który od dwóch lat wypisywał jej recepty w pięć minut, nie podnosząc głowy znad komputera.
— To niech pan coś zrobi — powiedziała. — Niech pan to przyklei gdzieś, żeby ludzie widzieli. Bo ja nie umiem nic innego, tylko gadać w kolejce do lekarza.
Doktor wrócił do biurka, ale nie usiadł. Wziął gazetę z jej rąk, znalazł nożyczki w szufladzie, gdzie zwykle trzyma próbki plastrów, i wyciął fragment z cytatem — bez pytania, bez wyjaśnień, jakby to była najzwyklejsza czynność medyczna. Potem otworzył małą lodówkę, w której trzymamy szczepionki, i przykleił wycinek taśmą do drzwiczek, tuż nad naklejką z temperaturą przechowywania.
— To nic nie zmieni — powiedział, bardziej do siebie niż do niej.
— Nie zmieni. Ale ja jutro przyjdę po recepty dla męża i to zobaczę. I pan to zobaczy. I ten pana syn, jakby tu kiedyś wszedł, to też by zobaczył, że ojciec o nim myślał, a nie tylko się bał po cichu.
Wypisał jej receptę bez słowa, ręce mu się lekko trzęsły, kiedy stawiał pieczątkę. Pani Dobrzańska wyszła, zostawiając za sobą zapach mokrej wełny i pietruszki. Ja stałam z mankietem do mierzenia ciśnienia w ręku, bo pan Bogusław z trzeciego piętra czekał już na fotelu, ale przez chwilę żadne z nas się nie odezwało.
Minęło od tego wtorku prawie rok. Wycinek wciąż wisi na lodówce, pożółkły od światła jarzeniówki, róg taśmy już się odkleił i ktoś go doklejał na nowo — chyba sama pielęgniarka z popołudniowej zmiany, bo widziałam ślad plastra z apteczki zamiast taśmy klejącej. Syn doktora Woltyńskiego skończył trzeci rok na AGH i we wrześniu, kiedy przyjechał na urodziny ojca, wszedł do gabinetu po jakieś zaświadczenie i stanął przed lodówką na dłużej, niż potrzeba, żeby przeczytać jedno zdanie.
Pani Dobrzańska przychodzi po recepty co miesiąc. Ostatnim razem, mijając lodówkę, powiedziała tylko:
— Wciąż tam wisi.
— Wisi — odpowiedział doktor, nie podnosząc oczu znad monitora, ale w kącikach ust miał coś, co nie było uśmiechem, tylko czymś bliższym ulgi.