Górski most na własnej ziemi

Nazywam się Bogdan Kalicki, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzynastu jestem kierownikiem posterunku energetycznego w Rytrze, tam gdzie Popradzka Dolina wpada w Beskid Sądecki. Znam tu każdy słup, każdą trafostację i prawie każdego mieszkańca — bo kiedy wysiada prąd, ludzie dzwonią właśnie do mnie, nie do wójta. Tego poniedziałku, siedemnastego sierpnia, zadzwonili z zupełnie innego powodu.

„Bogdan, przyjedź na Osiedle Halne, tam koparka wjechała na drogę do Sokolika" — powiedziała mi Grażyna z warzywniaka, zdyszana, jakby biegła. Sokolik to nie żadna wioska z metryką w księgach — to jeden dom, drewniana chata na skarpie nad potokiem, którą wszyscy w okolicy znają jako „domek Wolskich". Pojechałem, bo miałem akurat objazd linii w tamtą stronę, a poza tym — ciekawość silniejsza od rozsądku, jak to bywa u mężczyzny mojego wieku.

Zastałem tam już z dziesięć osób. Stali na poboczu z kubkami kawy z termosów, jakby przyszli na jarmark, nie na jakąś awanturę. Koparka firmy budowlanej z Nowego Sącza stawiała głazy — takie, może po dziesięć ton każdy — w poprzek jedynej drogi dojazdowej do chaty. Trzy kamienie już leżały, między nimi a rowem melioracyjnym może pół metra prześwitu. Żaden samochód by tamtędy nie przejechał. Karetka też nie.

Na masce białego terenowca, z telefonem uniesionym jak trofeum, stała Marzena Suchocka. Prezeska tutejszej wspólnoty mieszkaniowej „Osiedle pod Halą" — znałem ją, bo dwa lata temu kazała mi wymieniać licznik trzy razy, aż w końcu przyznała, że pomyliła numery domów. Miała na sobie beżową kurtkę jeździecką, dokładnie taką, jaką się nosi na pokazy skoków, choć konia w promieniu dziesięciu kilometrów nikt nie widział. Nagrywała samą siebie i mówiła do kamery telefonu głosem, jakim się czyta komunikat dla mediów:

— Mieszkańcy Osiedla pod Halą, to działanie stało się konieczne po miesiącach nękania i nielegalnego zajmowania terenu przez osobę niezwiązaną ze wspólnotą, zajmującą samowolnie budynek poza naszą granicą północną.

Odstawiłem samochód służbowy na pobocze i zapaliłem papierosa, którego zresztą rzucić miałem od Wielkanocy. Ta osoba „nielegalnie zajmująca teren" to był Marek Wolski, mężczyzna po czterdziestce, inżynier budownictwa, który kiedyś sprawdzał dla powiatu stan mostów na Popradzie. Znałem go z widzenia — porządny, spokojny, nigdy nie robił awantur, nawet gdy mu kiedyś sąsiad zalał piwnicę.

Chatę tę postawił jego dziadek w czterdziestym siódmym, wróciwszy z robót w Niemczech, gdzie go Niemcy zapędzili podczas wojny. Ojciec Marka dobudował werandę i przełożył dach w latach osiemdziesiątych. Podatek od nieruchomości od dekad chodził na nazwisko Wolski, akt notarialny leżał — jak mi Marek później sam pokazał — w kasetce ognioodpornej pod biurkiem, a graniczne słupki geodezyjne, mosiężne, ze stemplem „DZIAŁKA WOLSKICH", stały wzdłuż wschodniej miedzy tak, jak stały od dziesięcioleci.

Marek przyszedł piechotą, w szarej kurtce roboczej, z kubkiem kawy, który postawił potem na kamieniu i zapomniał o nim na dobre dwie godziny — kawa wystygła, mrówki obsiadły brzeg kubka, a on nawet nie spojrzał w tamtą stronę.

— Pani Suchocka — powiedział — pani zablokowała drogę dojazdową do mojej działki.

— Pan miał zakaz ingerowania — odparła, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Czyj to zakaz?

— Zarządu wspólnoty.

— Nie jestem członkiem pani wspólnoty.

— Korzysta pan z naszych dróg.

— Korzystam z drogi do Sokolika, która przez trzydzieści metrów przebiega przez służebność wpisaną do księgi wieczystej w osiemdziesiątym dziewiątym roku.

Suchocka zeszła z maski i wskazała na koparzystę, chłopaka może trzydziestoletniego, w firmowej kamizelce z logo „Górbud Sącz".

— Proszę kontynuować pracę.

Chłopak spojrzał na Marka, potem na kamienie, potem na mnie — jakby szukał kogoś, kto powie mu prawdę bez owijania.

— Widzi pan tamten słupek graniczny? — zapytał go Marek, wskazując mosiężną główkę wystającą spod trawy jakieś dwa metry od gąsienicy koparki. — DZIAŁKA WOLSKICH. Pani koparka stoi na moim gruncie.

Operator zgasił silnik. Zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak potok szumi w dole — a gdzieś za lasem, na sąsiedniej działce, szczekał pies, którego nikt nie uciszał, bo właściciele akurat byli w Krynicy na turnusie.

— Muszę zadzwonić do szefa — powiedział operator.

— Ma pan podpisaną umowę — warknęła Suchocka.

— A jeśli właściciel gruntu kwestionuje…

— On nie jest właścicielem.

— Akt notarialny mam w chacie — odezwał się Marek. — W tej samej chacie, do której właśnie zablokowała pani dojazd.

Kilka osób z tłumu zaczęło szeptać między sobą. Suchocka podniosła telefon wyżej, jakby chciała, żeby kamera zobaczyła to z lepszego kąta.

— To jest właśnie ta zastraszająca postawa, z którą się od miesięcy borykamy.

Marek popatrzył prosto w obiektyw.

— Nazywam się Marek Wolski. Nieruchomość za tymi głazami to działka numer 214/3. Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu, księga wieczysta i wszystkie wypisy z rejestru gruntów od czterdziestego siódmego roku wskazują rodzinę Wolskich jako właściciela. Proszę wykonawców o wstrzymanie prac do czasu weryfikacji dokumentów przez policję.

Zadzwoniłem wtedy do posterunku w Rytrze — nie dlatego, że ktoś mnie prosił, tylko dlatego, że jako pracownik zakładu energetycznego mam obowiązek zgłaszać każde zablokowanie drogi dojazdowej, bo linia napowietrzna biegnie właśnie wzdłuż tej trasy, a w razie awarii ekipa musi tam dojechać w pół godziny, nie za trzy dni.

Radiowóz przyjechał po jakichś dwudziestu minutach. Wysiadł z niego aspirant Ryszard Baran, którego znałem, bo razem chodziliśmy na ryby, kiedy jeszcze miałem na to czas. Poprawił czapkę, obszedł głazy dookoła, po czym podszedł do słupka granicznego i przez chwilę wpatrywał się w napis wybity na mosiądzu.

Suchocka od razu zaczęła tłumaczyć, że to sprawa bezpieczeństwa mieszkańców, że ten „samozwańczy leśny mieszkaniec" od miesięcy nęka wspólnotę, że zarząd oferował mu nawet ugodę — trzysta czterdzieści tysięcy złotych za całą działkę razem z chatą i dwoma przejściami przez potok. Marek na to tylko pokręcił głową i powiedział, że niezależny rzeczoznawca wycenił nieruchomość na jedenaście milionów złotych, bo pod mostkiem łączącym osiedle z drogą powiatową akurat przebiega grunt należący do niego — jedyny most, jedyna droga wyjazdowa całego osiedla.

To ich dopiero zmroziło. Bo dotąd wszyscy myśleli, że sprawa dotyczy jednej chaty w lesie. Nikt się nie zorientował, że most, po którym codziennie jeżdżą do pracy, stoi na gruncie tego samego człowieka, którego właśnie odcięli od świata.

Aspirant Baran kazał operatorowi koparki przerwać prace do czasu sprawdzenia dokumentacji w starostwie. Suchocka próbowała protestować, powołując się na jakąś uchwałę zarządu podjętą — jak się później okazało — bez kworum, bo trzech członków w ogóle nie wiedziało o głosowaniu.

Ja tam jeszcze zostałem z pół godziny, bo trzeba było sprawdzić, czy koparka nie uszkodziła słupa energetycznego stojącego przy samej drodze. Widziałem, jak Marek usiadł na jednym z tych głazów, wyjął z kieszeni telefon i zaczął robić zdjęcia — słupka granicznego, koparki, numeru rejestracyjnego terenówki Suchockiej, twarzy tych mieszkańców z kubkami kawy, którzy przyszli popatrzeć na cudze nieszczęście jak na przedstawienie.

Nie krzyczał. Nie groził nikomu. Po prostu dokumentował, spokojnie, jedno zdjęcie po drugim, tak jak się robi dokumentację szkody po burzy — rzeczowo, bez emocji, wiedząc, że to właśnie te zdjęcia będą później ważyć więcej niż wszystkie krzyki razem wzięte.

O tej sprawie usłyszałem znowu dopiero we wrześniu, bo akurat wtedy przyszła do mnie zawiadomienie od gminy o zmianie taryfy — nic z tym wspólnego nie miało, ale przy okazji spotkałem w urzędzie znajomą z wydziału geodezji, która robiła wypis dla sprawy Wolskiego przeciwko wspólnocie. Powiedziała mi, że sąd rejonowy w Nowym Sączu nakazał natychmiastowe usunięcie głazów na koszt wspólnoty, że Suchocka dostała osobny pozew o naruszenie posiadania, a do tego — to była ta część, która wszystkich najbardziej poruszyła — Marek złożył w starostwie wniosek o ustanowienie odpłatnej służebności przejazdu przez most, bo formalnie przez trzydzieści osiem lat pozwalał mieszkańcom osiedla jeździć przez swój grunt za darmo, z dobrej woli, bez żadnej umowy.

Teraz umowę spisał. Piętnaście lat, kwota miesięczna: dwa tysiące dwieście złotych od wspólnoty, płatna na konto, z zastrzeżeniem, że w razie kolejnej próby ograniczenia dojazdu do jego działki służebność wygasa z dnia na dzień, a mieszkańcy Osiedla pod Halą będą musieli budować sobie nowy most gdzie indziej — na własny koszt, bo geodeci już sprawdzili, że innego dojazdu do drogi powiatowej po prostu nie ma.

Widziałem tę umowę, bo Marek przyniósł ją kiedyś do naszego biura, żeby sprawdzić, czy nowa trasa przyłącza energetycznego do jego chaty nie koliduje z zapisami służebności. Trzymał ją w zwykłej szarej teczce, niczym się nieróżniącej od setek innych, jakie widuję co tydzień. Podpis notariusza, pieczęć, i ta jedna klauzula o wygaśnięciu — podkreślona przez niego samego żółtym markerem, tak żeby nikt przy podpisywaniu nie mógł powiedzieć, że nie czytał.

Suchocka przestała być prezeską wspólnoty jeszcze przed Wigilią — mieszkańcy zwołali nadzwyczajne zebranie i odwołali cały zarząd, bo koszt usunięcia głazów, koszt przegranej sprawy sądowej i koszt nowej opłaty za most rozłożyli sobie na głowę mieszkania i wyszło im, że każdy zapłaci ponad cztery tysiące złotych ekstra w tym roku. Widziałem ją raz później, na parkingu przy sklepie w Rytrze, jak czekała, aż jej terenówka nabierze paliwa, sama, bez tej kurtki jeździeckiej, w zwykłej kurtce puchowej, jakie noszą wszyscy zimą. Nie podeszła do mnie, ja też nie podszedłem do niej. Nie było w tym nic do powiedzenia.

A Marek Wolski dalej mieszka w chacie dziadka nad potokiem. Widziałem go w zeszłym tygodniu, jak stał przy moście i patrzył, jak samochody osiedlowe przejeżdżają nad Popradem — bez pośpiechu, bez satysfakcji, po prostu patrzył, tak jak się patrzy na coś, co wreszcie ma swoje miejsce na papierze.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × 2 =