Halina Sokołowska stała w progu pustego pokoju córki i liczyła w głowie, ile razy w tym tygodniu ktoś już umówił się na oglądanie mebli i się nie zjawił. Trzy razy. Dziś miał być czwarty.
Rok temu Kasia wyprowadziła się do Wrocławia na studia, meble zostały – szafa z jasnego dębu, biurko z szufladami na kółkach, tapczan z materacem, który kosztował więcej niż cała reszta razem wzięta. Pół roku stały puste, zbierały kurz, aż w końcu Halina postanowiła zrobić z pokoju gabinet do szycia.
Ogłoszenie wystawiła na trzech portalach naraz, ze zdjęciami zrobionymi telefonem córki – ten miał lepszy aparat. Cenę ustawiła uczciwą, może nawet trochę za niską, żeby szybciej się pozbyć kłopotu. Za oknem akurat kwitły kasztanowce przy alejce, gdzieś na dole sąsiadka wybijała dywan – łupu, łupu, jak młotek – a w telewizorze w kuchni leciały wiadomości o podwyżkach cen gazu.
Odezwała się kobieta podpisana jako Ewelina. Pierwsza wiadomość przyszła po dwóch godzinach: "Dzień dobry, ogłoszenie aktualne?" Potem posypały się pytania – ile lat ma mebel, czy są rysy, czy szuflady chodzą gładko, czy zawiasy nie skrzypią, czy materac wchodzi w cenę, czy dowóz jest wliczony. Halina odpowiadała cierpliwie, robiła kolejne zdjęcia, przykładała linijkę do blatu, żeby Ewelina mogła zmierzyć wymiary z ekranu telefonu.
Na koniec przyszło: "A dałaby pani rabat? Mam trójkę dzieci, żyjemy z jednej pensji męża. Bardzo nam zależy, ale dla nas to dużo pieniędzy."
Halina popatrzyła na cenę w ogłoszeniu, po czym obniżyła ją o sto pięćdziesiąt złotych. Umówiły się na sobotę, na osiemnastą.
Ewelina przyjechała z półgodzinnym opóźnieniem. Z nią mąż – postawny mężczyzna w rozpiętej kurtce, i dwoje dzieci, chłopiec może siedmioletni i dziewczynka młodsza. Na klatce schodowej pachniało świeżo malowaną poręczą, ktoś zostawił rower pod skrzynkami pocztowymi.
– Piąte piętro bez windy, super – rzucił mężczyzna, wchodząc do mieszkania.
– Stójcie tu i niczego nie ruszajcie – Ewelina zwróciła się do dzieci w przedpokoju. – A ty szczególnie, Mateusz, wiecznie coś rozwalasz.
Mężczyzna – przedstawił się dopiero po chwili jako Grzegorz – podszedł do szafy i przesunął palcem po froncie.
– To jest rysa?
– Gdzie? – Halina podeszła bliżej. – To odbicie od lampy.
– Ewelina, chodź, zobacz – Grzegorz zmarszczył brwi. – Bo ja tu coś widzę.
Ewelina zerknęła, zmrużyła oczy. – No coś jakby jest.
– Proszę dotknąć, powierzchnia jest gładka – powiedziała Halina, choć czuła, jak napina się jej kark.
Grzegorz otworzył drzwiczki szafy, zajrzał do środka. – A to co, plama jakaś?
– To słój drewna, tak było fabrycznie.
– Jaki znowu słój. Za takie pieniądze jeszcze plamy?
Ewelina pociągnęła szufladę biurka. – Skrzypi.
– To zawiasy, wystarczy je nasmarować.
– A czemu pani tego nie zrobiła przed sprzedażą? Normalni ludzie doprowadzają meble do porządku.
Halina wzięła głęboki oddech. – Meble są w bardzo dobrym stanie. Córka pięć lat o nie dbała.
– No nie wiem – przeciągnęła Ewelina. – Grzesiek, co myślisz?
Grzegorz skrzywił się z pogardą. – Szmelc. Za taką cenę to szmelc. Myślałem, że coś porządnego, a tu jakieś stare graty.
– To niemiecka firma – nie wytrzymała Halina. – Kupowaliśmy w salonie na Marszałkowskiej, jeszcze jak mieszkaliśmy w Warszawie.
– A jaka różnica. Teraz wszystko takie samo, Polska czy Niemcy.
Ewelina okrążyła jeszcze raz pokój. – A da pani jeszcze rabat? Skoro mebel ma wady.
– Jakie wady? Już obniżyłam cenę.
– No ta rysa. I zawiasy skrzypią. No i piąte piętro bez windy, trzeba będzie zapłacić za wniesienie. Jeszcze dwieście złotych mniej i zabieramy.
– Dałam już rabat.
– To był rabat za to, że pani w ogóle sprzedaje – wtrącił Grzegorz. – A teraz rabat za realny stan.
Halina pokręciła głową. – Nie. Cena jest ostateczna.
Ewelina z Grzegorzem wymienili spojrzenia. – Dobrze – powiedziała Ewelina. – Bierzemy. Ale transport po waszej stronie.
– W ogłoszeniu było napisane: transport na koszt kupującego.
– Mamy trójkę dzieci! Nie mamy pieniędzy na tragarzy! Co, żal pani?
Z pokoju obok wyszedł Kuba, syn Haliny, przyjechał na weekend z pracy w Poznaniu. – Coś się stało?
– Wasza matka nie chce dać transportu – burknął Grzegorz. – A my przecież zabieramy ten szmelc.
– To nie szmelc – odpowiedział spokojnie Kuba. – To meble mojej siostry. I jeśli się nie podobają – nikt nie zmusza do kupna.
Ewelina pociągnęła męża za rękaw. – Grzesiek, odpuść. Sami załatwimy transport.
Grzegorz spojrzał na Kubę spod oka. – A ty w ogóle kto?
– Syn właścicielki. I jeśli będą pytania przy składaniu – mogę podesłać instrukcję, wszystko tam jasno opisane.
Ewelina nagle ożywiła się. – A dałby pan numer telefonu? Bo mąż ma dwie lewe ręce, sam nic nie złoży.
– Ewelina! – warknął Grzegorz.
– Co, prawdę mówię. Ostatnio taboret składał i po dwóch dniach się rozleciał.
Kuba wzruszył ramionami i podał numer. – Piszcie lepiej na komunikator, nie zawsze odbieram.
– Dobrze, dobrze. To bierzemy. Jutro przyjedziemy busem, koło jedenastej. Pasuje?
– Pasuje – powiedziała Halina. – Pieniądze przywieziecie gotówką. Tylko proszę niczego nie zmieniać, umowa umową.
Nazajutrz jedenasta minęła. Potem dwunasta. Cisza. Halina zadzwoniła do Eweliny – długie sygnały, potem rozłączenie. Spróbowała jeszcze raz. To samo.
– Kuba, zadzwoń ty.
Syn wybrał numer. Znowu rozłączenie.
– Może zajęta? – zapytał.
– Trzeci raz z rzędu? – Halina zmarszczyła czoło. – Przecież pisała, że o jedenastej.
Napisała wiadomość: "Ewelino, dzień dobry, umawiałyśmy się na 11, aktualne?" Wiadomość odczytana. Cisza. Minęła godzina. Napisała jeszcze raz: "Proszę o informację, czy odbieracie meble." Odczytane. Bez odpowiedzi.
Wieczorem, kiedy Halina już właściwie machnęła ręką i zaczęła zdejmować zdjęcia z ogłoszenia, przyszła wiadomość – nie od Eweliny, tylko od Grzegorza, z jego prywatnego numeru, którego nikt mu nie dawał, musiał go znaleźć przez numer Kuby zapisany w telefonie żony.
"Pani Halino, przepraszam za wczoraj. Ewelina jest teraz zdenerwowana, bo się pokłóciliśmy o te meble. Prawda jest taka, że nie mamy dzieci. Ewelina nie może mieć dzieci od pięciu lat, robi wszystko, żeby to sobie jakoś zastąpić – wynajmuje dzieciaki sąsiadki na te oględziny, mówi, że jest wielodzietną matką, bo tak łatwiej dostać rabat, tak jej ktoś kiedyś poradził w internecie. Ja się na to godziłem, bo nie umiałem jej odmówić. Przepraszam za wczorajsze zachowanie, za tę rysę i te wszystkie uwagi – to była gra, żeby zbić cenę. Nie przyjedziemy po meble."
Halina siedziała na brzegu tapczanu córki, na tym samym materacu, o którego jakość tak się spierano, i czytała wiadomość drugi raz. Telefon trzymała oburącz, kciukiem najechała na ekran, żeby jeszcze raz przewinąć tekst od góry, jakby coś mogło się w nim zmienić przy powtórnej lekturze.
Kubie powiedziała tylko: – Nie przyjadą.
– I dobrze – odparł. – Wystawiaj ponownie, mamo, znajdzie się ktoś normalny.
Halina wstała, otworzyła aplikację banku, sprawdziła historię przelewów – pusto. Usunęła numer Grzegorza z kontaktów, skasowała wątek z Eweliną, jeden dotyk i drugi, aż lista rozmów wróciła do tego, co było wcześniej. Potem wzięła telefon córki, zrobiła nowe zdjęcia szafy przy dziennym świetle, dopisała do ogłoszenia zdanie: "Cena ostateczna, bez targowania, pierwszeństwo dla osób, które przyjadą obejrzeć osobiście i od razu zabiorą."
W poniedziałek zgłosiła się para z Ursynowa, młodzi, bez pytań o rabat, zapłacili od razu przy oglądaniu, wynieśli szafę i biurko własnym transportem tego samego wieczoru. Materac Halina zostawiła sobie – rozłożyła go w gabinecie do szycia, pod oknem, tam gdzie wcześniej stało łóżko Kasi. Usiadła na nim, sprawdzając, czy sprężyny jeszcze dobre, wygładziła dłonią pościel po kątach i przypomniała sobie, że jutro trzeba kupić maszynę do szycia, bo starą oddała siostrze jeszcze zimą.