Zamknęłam laptopa o wpół do pierwszej w nocy i siedziałam jeszcze chwilę w ciemności, patrząc na pasek ładowarki zwisający ze stołu. W kuchni kapał kran — raz na osiem sekund, nie wiem, skąd to wiedziałam, ale wyliczyłam to już dawno, zupełnie bez związku, jak człowiek uczy się na pamięć trzasków we własnym domu.

Nazywam się Alicja Młynarska. Mam czterdzieści siedem lat, pracuję w Krakowie jako analityczka w jednostce badawczej podległej ministerstwu, a od czternastu miesięcy prowadzę na Facebooku stronę poświęconą epidemiologii klinicznej. Nie jestem lekarzem. Nigdy nie udawałam, że jestem.

Właśnie skończyłam pisać sto czwarty wpis z serii o neurobiologii.

Ta seria nie miała powstać.

Zaczęło się jesienią ubiegłego roku, we wrześniu. Wrzuciłam krótki tekst o jednej z amerykańskich metod leczenia depresji lekoopornej — nie chcę tu podawać jej nazwy handlowej, dość, że chodziło o technikę stymulacji mózgu, o której zaczęto mówić jako o przełomie. Napisałam, że niepokoi mnie to, jak szybko robi się z niej cud, bo sam twórca metody odebrał sobie życie. Dwa akapity, żadnych wielkich tez. Po prostu: nie podoba mi się tempo.

Ktoś udostępnił ten wpis u siebie. Potem ktoś inny. Reakcji zrobiło się kilkaset, a w komentarzach pojawiło się coś, czego dotąd nie widziałam pod swoimi tekstami: pytanie, kim właściwie jestem, żeby się na ten temat wypowiadać.

I to pytanie było — przyznaję — całkiem uczciwe.

Człowiek wchodzi na mój profil, widzi trzysta wpisów o zdrowiu publicznym, o statystyce medycznej, o organizacji opieki, ale ani jednego o budowie mózgu. Nie ma tam mojego dorobku z zakresu neuroobrazowania. Bo go, mówiąc najprościej, nie ma. Skąd więc ta pewność? Skąd w ogóle prawo, żeby cokolwiek twierdzić?

Mogłam machnąć ręką. To nie moi stali czytelnicy pytali, tylko ludzie z czyjegoś udostępnienia. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, nikt nie groził, że przestanie śledzić stronę. Ale coś mi nie dawało spać. Nie dlatego, żebym musiała komukolwiek cokolwiek udowadniać. Tylko że sama przed sobą poczułam, że nie znoszę, kiedy ktoś zadaje pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć.

Więc zaczęłam się uczyć.

Najpierw jeden artykuł przeglądowy, potem podręcznik, potem cykl wykładów online ze Stanford, nagrywanych słabym mikrofonem, których słuchałam w tramwaju do pracy. Potem kolejne, gęstsze, wolniejsze. Krążenie wokół tematu stwardniało w zobowiązanie: skoro już zabrałam głos, powinnam umieć powiedzieć, na jakiej podstawie.

I tak, zamiast jednego wpisu, zaczęłam pisać ich dziesięć. Potem dwadzieścia. Potem osiemdziesiąt.

Nie żądałam od siebie tego z miłości do neuronauki, choć szczerze mówiąc, wciągnęła mnie. Chodziło o coś innego: o to, żeby przestać czuć ten ucisk w żołądku za każdym razem, gdy otwieram własny profil i widzę tam lukę.

Moja córka, Jagoda, ma dziewiętnaście lat i kiedy zobaczyła, że o drugiej w nocy robię notatki w zeszycie, powiedziała coś, co zapamiętałam co do joty:

— Mama, ty chyba chcesz komuś pokazać, że nie jesteś idiotką.

Odłożyłam długopis.

— Nie — powiedziałam. — Chcę tylko, żeby nikt nie miał prawa zapytać mnie o to drugi raz.

Opierała się ramieniem o framugę drzwi, jeszcze przez chwilę patrząc, jak zakreślam kolejne zdanie w zeszycie. Potem wzruszyła ramionami i poszła spać. Młodzi ludzie mają dar kwitowania cudzych nocy jednym zdaniem.

Kiedy seria zaczęła się rozrastać, pojawiły się też komentarze. I z nimi musiałam coś postanowić.

Ustaliłam zasady. Można pisać pytania. Można pisać o tym, czego się nie zrozumiało. Można nawet się ze mną nie zgadzać, jeśli ktoś ma podstawę warsztatową i umie ją wskazać. Ale nie można robić ze mnie słuchawki do opowieści o własnej niedoli ani wrzucać mi linków do krajowych znachorów z prośbą, żebym „oceniła, bo pani się zna”.

Nie znam się na tym, co mi ktoś podsyła. I nie mam obowiązku się znać.

Pewien mężczyzna z Lublina, niejaki pan Krzysztof, przez dziewięć dni z rzędu wklejał mi pod różnymi wpisami ten sam film, na którym jego zdaniem pewien bioenergoterapeuta „wyjaśniał działanie fal mózgowych lepiej niż wszyscy profesorowie”. Za trzecim razem go upomniałam. Za siódmym zablokowałam. Napisał mi potem wiadomość prywatną, że jestem cenzorką i że „Facebook to miejsce wolnej debaty”.

Odpisałam mu jedno zdanie. Że jego Facebook skończył się tam, gdzie zaczął się mój profil.

Może zabrzmiało to sucho. Ale ja naprawdę nie mam przestrzeni na cudze opowieści. Nie z niechęci do ludzi. Tylko z poczucia, że każdy, kto wchodzi na moją stronę, wchodzi do mojego mieszkania.

Myślałam, że na tym się skończy. Myliłam się.

Najcięższy był styczeń.

Jednego wieczoru, w okolicy Trzech Króli, kiedy za oknem paliły się jeszcze gwiazdy betlejemskie na balkonach po drugiej stronie ulicy, zadzwonił telefon z nieznanego numeru. Nie odebrałam. Zadzwonił drugi raz, po dziesięciu minutach. Odebrałam.

— Pani Alicjo — powiedział mężczyzna, głosem, który skądś znałam, choć nie potrafiłam od razu przyporządkować go do twarzy. — Pan Krzysztof z Lublina. Ten od filmu.

Poczułam, jak robi mi się gorąco w karku.

— Skąd pan ma ten numer?

— To nieważne. Ważne, że moja siostra wczoraj zabrała syna z leczenia szpitalnego, bo obejrzała pani wpisy o „przełomach, które okazują się fikcją”, i uznała, że skoro pani, mądra kobieta, tak pisze, to leki są niepotrzebne. Chłopak ma szesnaście lat. Jest teraz w ciężkim stanie. Pani to zrobiła, bo pani lubi być pierwsza z opinią.

Siedziałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na parujący kubek, który stygł na blacie. Chciałam powiedzieć, że nigdy nie napisałam, żeby ktokolwiek przerywał leczenie, że cały sens serii to ostrożność wobec cudów, nie negacja medycyny. Zdanie ułożyło się w głowie, ale nie wyszło z gardła.

— Proszę mi wysłać namiary na szpital — powiedziałam w końcu. — I na siostrę, jeśli się zgodzi.

— Po co? Żeby pani sobie spokojnie spała?

Rozłączył się.

Siedziałam potem przy stole może z godzinę, nie zapalając światła, próbując przypomnieć sobie dokładne brzmienie zdań z tamtego wpisu o przełomach. Wyciągnęłam go na telefonie, czytałam trzy razy. Nie było tam nic, co dałoby się odczytać jako namowę do porzucenia leczenia. Ale to nie uspokoiło mnie ani trochę, bo wiedziałam już, że nie chodzi o to, co ja rzeczywiście napisałam, tylko o to, co ktoś z tego wyjął, przykroił do własnej rozpaczy i postanowił zrobić z tym coś nieodwracalnego.

Zadzwoniłam do znajomej pediatry, obudziłam ją. Zapytałam, do jakiego szpitala mogłabym zadzwonić w sprawie chłopca, którego nawet nie znam nazwiska. Powiedziała, że bez nazwiska nic nie zrobi, że to nie tak działa, że powinnam się uspokoić i poczekać, czy ten człowiek się jeszcze odezwie.

Nie odezwał się. Ani tej nocy, ani przez kolejny tydzień.

W marcu dostałam wiadomość od kolegi z dawnej pracy, który zajmuje się etyką badań klinicznych. Zapytał, czy nie chciałabym wygłosić krótkiego wprowadzenia na zamkniętym seminarium w Warszawie, dwadzieścia minut, na podstawie tej mojej serii.

Odmówiłam.

Nie dlatego, że nie potrafiłabym. Tylko że ja nie znoszę mówić do sali. To inny rodzaj kontaktu, wymaga zejścia z pozycji, którą wypracowałam sobie w tekście. W piśmie mogę zapanować nad każdym zdaniem. W żywej rozmowie człowiek jest goły — a ja od stycznia wiedziałam już, jak niewiele trzeba, żeby jedno zdanie, wyjęte z kontekstu, zaczęło żyć własnym życiem, którego nie umiem kontrolować.

Napisałam do niego: może przyszlę ci rozszerzone podsumowanie, jeśli twoi ludzie chcą coś przeczytać. Odpisał, że to nie to samo, ale dziękuje.

Teraz jest połowa maja. Za oknem pachnie mokrym asfaltem, bo rano przeszła ulewa, a teraz powietrze zrobiło się przejrzyste aż po Bielany. Numer tramwaju linii, którą jeżdżę do pracy, zmienili na nowy rozkład i od tygodnia chodzę na przystanek pięć minut wcześniej. Drobiazg, a wytrąca z rytmu.

Mam na biurku wydruk ostatniego wpisu. Sto cztery strony, jeśli zliczyć całą serię. Jagoda spytała niedawno, po co w ogóle to piszę, skoro nikt mi nie płaci.

— Bo nikt mi też nie każe — odpowiedziałam.

Wczoraj, dokładnie cztery miesiące po tamtym telefonie, dostałam wiadomość prywatną od kobiety, która przedstawiła się jako siostra pana Krzysztofa. Napisała krótko: chłopak wyszedł ze szpitala trzy tygodnie temu, wraca do leczenia, przeprasza za brata, który „miał prawo się bać, ale nie miał prawa dzwonić”.

Odpisałam jedno zdanie: cieszę się, że wraca do zdrowia.

Nie zapytałam o nic więcej. Zamknęłam okno rozmowy, zablokowałam profil pana Krzysztofa, który wciąż wisiał na liście moich obserwujących, i wypiłam wodę z kubka, na którego dnie został ciemny ślad po herbacie sprzed dwóch dni.

Potem otworzyłam okno na oścież. Usłyszałam, jak na podwórku ktoś śmieje się nisko, takim głosem, jakby siedział na ławce z psem i niczego od nikogo nie chciał.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

twenty − 6 =