Świetlica na Kościuszki nie żyje od siedmiu lat

Przez jedenaście lat prowadziłem tę świetlicę. Konkretnie — dom kultury przy ulicy Kościuszki w Wadowicach, stary budynek z cegły, z salą na sto pięćdziesiąt krzeseł i sceną, na której w latach dziewięćdziesiątych grały lokalne zespoły rockowe. Kiedyś tam pachniało pastą do podłogi i papierosami w kulisach. Teraz. Teraz to jest pustostan z wybitym oknem od strony parkingu.

Zamknęli nas w październiku. Gmina nie miała pieniędzy na remont dachu, więc najpierw odwołali zajęcia, potem wynieśli sprzęt, a na końcu ktoś przykręcił do drzwi blachę i zawiesił kłódkę za czterdzieści złotych z marketu. Najtańsza rzecz w całym budżecie. I ona trzyma lepiej niż wszystkie obietnice radnych.

Ja tam pracowałem jako instruktor. Prowadziłem kółko teatralne, wieczorki taneczne dla seniorów i sobotnie potańcówki, na które przychodziło po siedemdziesiąt osób. Były pary, które poznały się właśnie tam. Pani Halina z panem Zbyszkiem — oboje po sześćdziesiątce, ona wdowa, on po rozwodzie. Tańczyli tango tak, że ludzie robili im miejsce na środku sali. Zaprosił ją pierwszy raz przy piosence Czerwonych Gitar, dokładnie „Nie zadzieraj nosa”. Pamiętam, bo potem co roku odtwarzaliśmy ją na ostatniej potańcówce przed wakacjami.

Więc kiedy przyszedł nakaz opuszczenia budynku, to ja miałem wynieść rzeczy. Karton za kartonem. Kostiumy z przedstawień, stare afisze, magnetofon szpulowy, który już dawno nie działał, ale nikt nie pozwalał go wyrzucić. Zdzisiek, nasz akustyk, powiedział wtedy: „Tego nie ruszaj, to pamiątka po festiwalu w osiemdziesiątym siódmym”. I postawił na nim kubek z kawą.

Wyniosłem wszystko do magazynu przy szkole. Zapłacili mi za to trzy stówy, chociaż pracowałem od siódmej rano. Gmina uznała, że to wystarczy. Potem przysłali pismo, że rozwiązują umowę za porozumieniem stron. Podpisałem. Co miałem zrobić.

Przez pierwsze dwa lata ludzie dzwonili. Pytali, czy wracamy, czy będą zajęcia dla dzieci, czy w karnawale znowu zagra orkiestra. Ktoś zostawił pod drzwiami wieniec adwentowy. Jeszcze wtedy dało się podejść blisko, bo chwasty nie sięgały kolan. Teraz to wszystko zarosło nawłocią i pokrzywami.

W zeszłym tygodniu szedłem tamtędy z psem sąsiadki, bo jej się biodro zablokowało, a jamnik nie wybacza braku spaceru. Burek zatrzymał się przy schodach, obwąchał blachę i zaszczekał. Jakby ktoś był w środku. Podszedłem do okna. Przez szparę w dykcie zobaczyłem, że ktoś zerwał parkiet. Cały dębowy parkiet, który przez te jedenaście lat szorowaliśmy ręcznie, żeby błyszczał na potańcówkach. Leżały gołe deski podkładowe i butelka po piwie. Ktoś się włamał i ukradł deski. Na opał, na sprzedaż, cholera wie.

Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Nikt z urzędu nie zgłosił kradzieży. Próbowałem dzwonić do wydziału kultury. Sekretarka powiedziała, że budynek jest już w ewidencji do sprzedaży i żebym się nie interesował. Odłożyłem słuchawkę. Policzyłem do dziesięciu. Potem zrobiłem coś, co pewnie nie spodoba się żadnemu urzędnikowi w tym mieście.

Poszedłem do kancelarii notarialnej na Lwowskiej. Zapytałem, ile kosztuje odpis z księgi wieczystej. Dwadzieścia trzy złote. Zapłaciłem gotówką. Okazało się, że budynek nadal należy do gminy, ale jest obciążony hipoteką na rzecz firmy, która miała robić remont. Tej firmy już nie ma. Została sama hipoteka i pusty budynek. Znaczy się — nie mogą go sprzedać, dopóki nie spłacą długu, a długu nie spłacą, bo nie ma komu.

I wtedy wpadłem na pomysł. Nie od razu. Najpierw siedziałem w barze mlecznym przy rynku, zamówiłem pierogi ruskie za szesnaście złotych i gapiłem się w talerz jak w telewizor. Jakiś facet przy stoliku obok opowiadał, że kupił stary kościółek za symboliczną złotówkę i zrobił tam galerię. To mnie tknęło.

Zadzwoniłem do radnego, z którym kiedyś graliśmy w jednej drużynie siatkówki. Spotkaliśmy się na piwie przy moście. Powiedziałem mu prosto z mostu: chcę przejąć budynek na własny koszt. Bez dotacji. Bez remontu na siłę. Najpierw zabezpieczyć dach, potem sprzątnąć, a potem zrobić tam coś, co znowu ściągnie ludzi. Potańcówki, kino letnie, próby chóru. Wziął łyk piwa, popatrzył na rzekę. Powiedział: „Ty masz chyba nie po kolei, ale to jest najlepszy pomysł, jaki słyszałem w tej kadencji”.

Na sesji rady przegłosowali przekazanie w formie użyczenia na dziesięć lat z opcją wykupu za symboliczną złotówkę, jeśli w ciągu trzech lat obiekt będzie regularnie używany. Firma z długiem okazała się nieistotna, bo jedna z radców prawnych znalazła furtkę w przepisach o mieniu opuszczonym. Nie pytaj mnie jak. Ja tam zawsze byłem słaby z paragrafów.

W zeszłą sobotę przeciąłem blachę przy drzwiach. Nie miałem klucza, tylko nożyce do metalu pożyczone od Zdzisława. Trwało to czterdzieści minut. Potem wszedłem do środka. Wszystko pachniało kurzem i starą farbą. W sali głównej zabrakło jednej trzeciej parkietu, ale scena stała. Kurtyna wisiała. Otworzyłem drzwi na oścież.

Nie wiem, kto pierwszy to zauważył. Pani Halina. Stała po drugiej stronie ulicy z siatką z warzywami. Krzyknęła, żebym poczekał, i poszła po Zbyszka. Wieczorem przyszło może trzydzieści osób. Nikt nic nie planował. Ktoś przyniósł przenośny głośnik, ktoś termos z herbatą, ktoś ciasto. I zatańczyliśmy. Bez parkietu w jednym rogu, bez ogrzewania, bez urzędników. Na wyłączonym magnetofonie stał ten sam kubek z kawą, co siedem lat temu.

Dziś rano sprawdziłem, czy hipoteka nadal wisi w księdze. Wisi. Ale obok niej jest wpis o użyczeniu na moje nazwisko. Zbigniew Marciniak. Jedenaście lat pracy, trzy stówy za wyprowadzkę i jedne nożyce do metalu.

Szkoła po drugiej stronie ulicy ma nową salę gimnastyczną. W zeszłym tygodniu grali tam mecz charytatywny dla chorego ucznia, zebrali trzydzieści cztery tysiące. Teraz chcą kupić sprzęt nagłaśniający. Ktoś rzucił, żeby kupić go do naszego domu kultury, bo tam jest lepsza akustyka. Śmialiśmy się.

Ale nie powiedziałem nikomu tego, co zrobiłem w poniedziałek. W poniedziałek poszedłem do banku przy Dworcowej. Wypłaciłem własne oszczędności: dwanaście tysięcy złotych. Trzymałem je w reklamówce po warzywach i zaniosłem prosto do składu budowlanego. Kupiłem dębowe deski. Tyle samo, co ukradli. Leżą teraz w dawnej garderobie, pod brezentem, czekają na majstra. I wiesz, co ja ci powiem. Jak tylko przyjdzie ten majster, to ja sam wejdę na scenę, ukręcę jedną ze starych lamp i powiem, że życie zaczyna się wtedy, kiedy otwierasz drzwi, których nikt już nie chciał otwierać. Potem odtworzę Czerwone Gitary. I zatańczę. Choćby z miotłą.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

eleven − 2 =