— Babciu, a to prawda, że morze hałasuje nawet w nocy? — zapytał Janek, przyciskając do piersi swój stary, wysłużony plecak.
Halina uśmiechnęła się, choć w środku poczuła ukłucie niepokoju. Do wyjazdu zostały trzy dni. Wnuczek od tygodni wykreślał daty w kalendarzu, który sam narysował na kartce z zeszytu w kratkę. Do plecaka zapakował już ręcznik kąpielowy, mały czerwony traktorek na korbkę i muszlę z plasteliny, którą chciał wymienić na prawdziwą, taką co szumi jak przyłożyć do ucha.
Jego matka, Kasia, od czterech lat pracowała w Niemczech. Opiekowała się starszą panią pod Monachium. W każdą niedzielę łączyła się przez wideorozmowę i mówiła to samo:
— Tym razem na pewno przyjadę. Pojedziemy razem nad morze. Obiecuję.
Janek wierzył w każde jej słowo.
Tego dnia znów siedział przy furtce, wpatrując się w drogę prowadzącą do Krakowa, jakby samochód matki miał za chwilę wyłonić się zza zakrętu. Sąsiedzi z kamienicy przy ulicy Długiej machali mu na powitanie, a on odpowiadał z dumą:
— Niedługo jadę nad Bałtyk. Z mamą.
Halina wyrabiała właśnie ciasto na pierogi, spoglądając ukradkiem na wnuka. Znała cenę obietnic ludzi żyjących daleko od domu. Nie dlatego, że kłamali. Po prostu życie bywa silniejsze od planów. Telefon zadzwonił punktualnie o szesnastej.
Na wyświetlaczu pojawiło się: „Kasia".
Odebrała natychmiast.
Przez kilka sekund tylko słuchała. Jej plecy powoli osunęły się na oparcie krzesła.
— Mamo… przepraszam… nie dam rady przyjechać — głos córki drżał. — Jeśli teraz wyjadę, stracę robotę. Pani Helena miała udar, nie mogę jej zostawić samej. Rozumiesz…
Janek już stał obok.
— To mama? Kiedy przyjeżdża? Jutro?
Halina długo nie mogła spojrzeć mu w oczy. Odłożyła telefon i wzięła głęboki oddech.
— Janku… wyjazdu nie będzie.
Chłopiec zastygł. Nie rozpłakał się, nie krzyczał. Tylko zacisnął mocniej pasek plecaka, odwrócił się i bez słowa poszedł do swojego pokoju. Wieczorem, gdy Halina przechodziła korytarzem, usłyszała przez drzwi jego szept:
— Mamo… obiecałaś…
Rano wyjęła z szuflady starą chusteczkę po swoim mężu, stolarzu z Nowej Huty. Przez lata odkładała drobne sumy z emerytury — stówka tu, pięćdziesiąt złotych tam. Rozłożyła banknoty na kuchennym stole i przeliczyła trzy razy. Dziewięćset dwadzieścia złotych. Dwa bilety autokarowe do Gdańska, dwa noclegi w jakimś niedrogim pensjonacie, jedzenie… Starczy. Musi starczyć.
— Chyba… powinno wystarczyć — szepnęła do siebie.
I wtedy właśnie ktoś załomotał do drzwi.
Halina otarła ręce w fartuch i podeszła do przedpokoju. Przekręciła zamek, pociągnęła za klamkę i znieruchomiała. W progu, z torbą podróżną w jednej ręce i wymiętą reklamówką w drugiej, stała Kasia. Włosy spięte w pośpiechu, podkrążone oczy, na policzku rozmazany tusz.
— Nie mogłam — wyrzuciła z siebie bez tchu. — Całą noc siedziałam w autokarze. Pani Helena… znalazłam opiekunkę zastępczą. Kłamałam, że wszystko gra. A potem zrozumiałam, że jeśli znowu nie przyjadę, stracę coś ważniejszego niż praca.
Z głębi mieszkania dobiegł tupot bosych stóp po drewnianej podłodze. Janek stanął w drzwiach swojego pokoju. Patrzył na matkę tak, jakby sprawdzał, czy nie jest zjawą.
— Mama? — głos mu się załamał. — Naprawdę?
Kasia rzuciła torby na podłogę i wyciągnęła ręce. Chłopiec już biegł.
Dwie godziny później siedzieli we trójkę w podstawionym busie do Gdańska. Za oknem przesuwały się pola rzepaku, potem lasy, aż wreszcie w oddali zamajaczyła szara tafla wody. Janek przykleił nos do szyby.
— I szumi? W nocy też?
— Sprawdzimy — powiedziała Kasia, ściskając dłoń Haliny.
Zatrzymali się w małym pensjonacie dwie ulice od plaży w Brzeźnie. Pokój pachniał starym drewnem i wakacjami. Wieczorem poszli nad wodę. Morze było spokojne, fale leniwie lizały brzeg. Janek zdjął buty i wszedł po kostki w zimną wodę. Wyciągnął z kieszeni swoją plastelinową muszlę i przez chwilę trzymał ją w dłoni. Potem schował ją z powrotem. Prawdziwą miał znaleźć jutro.
Nocą leżał przy otwartym oknie i słuchał. Równy, głęboki oddech Bałtyku wypełniał pokój. Szumiało. Naprawdę szumiało, nawet teraz.
Halina nie spała. Siedziała na krześle przy łóżku wnuka i patrzyła, jak chłopiec oddycha równo, z policzkiem przyciśniętym do poduszki. Kasia stanęła w drzwiach.
— Mamo — szepnęła — dziękuję.
— Za co?
— Że go nie okłamałaś. Że wyjęłaś te pieniądze.
Nad ranem Janek znalazł na plaży małą muszelkę w brązowe paski. Przyłożył ją do ucha i zamarł. W środku szumiało morze — to samo, którego słuchał w nocy. Schował muszelkę do plecaka, obok plastelinowej, której nie wyrzucił.
Gdy wsiadali do autokaru powrotnego, odwrócił się jeszcze raz.
— Wrócimy tu? — zapytał.
Kasia spojrzała na matkę. Halina tylko kiwnęła głową i poprawiła chusteczkę w kieszeni — teraz już pustą, ale za to z nową datą do odhaczenia w kalendarzu.