Pan Marian wstawał o piątej trzydzieści. Zawsze. Budzik stał na szafce, ale nigdy nie był potrzebny — organizm sam wiedział, kiedy otworzyć oczy. Śniadanie punktualnie o szóstej piętnaście. Spacer do Parku Skaryszewskiego o siódmej — ta sama trasa, ta sama ławka nad stawem, czterdzieści pięć minut. Potem gazeta, obiad, drzemka poobiednia. Wszystko odmierzone co do minuty. Po śmierci Heleny ten porządek stał się jeszcze bardziej żelazny. To nie był sposób na żałobę. To był jedyny sposób, żeby w ogóle istnieć. Dopóki jest rozkład dnia, dopóty on sam jeszcze jest. Wnuczka Zosia przyjechała w lipcu. Opalona, głośna, z plecakiem i wielkim transporterem, z którego dochodziło ciche popiskiwanie.
— Dziadku — powiedziała od progu — to jest Toffi. On jest bardzo grzeczny.
Marian spojrzał na transporter. Potem na Zosię.
— Co to jest?
— Jamnik. No, pies. Mały.
— Widzę, że nie słoń. Po co?
— Dziadku, nie mogłam go zostawić, wyjeżdżam na dwa tygodnie, nie miał kto…
— Na balkon — powiedział cicho. — Niech mieszka na balkonie.
Zosia otworzyła usta. Coś tam przekalkulowała w głowie.
— Dobrze. Na razie na balkonie. Na razie.
Nikt nie zwrócił uwagi na to ostatnie słowo. Błąd.
Toffi okazał się długim, rudawym stworzeniem z pyskiem ułożonym w wyraz, jakby już wszystko wiedział o każdym człowieku z osobna. Obszedł przedpokój — powoli, metodycznie — po czym przeszedł do salonu, obwąchał dywan, kanapę, kąt przy kaloryferze. Marian szedł za nim i patrzył.
Toffi zatrzymał się na środku salonu. Spojrzał na Mariana bez cienia strachu, prawie z zaciekawieniem. I usiadł.
— Na balkon — powtórzył stanowczo Marian.
Nie ruszył się.
— Powiedziałem: na balkon.
Toffi ziewnął. Szeroko, z wyraźną przyjemnością.
Marian zrobił krok w jego stronę. Pies nie uciekł — po prostu spokojnie wstał i wszedł pod kanapę. Marian stał na środku własnego salonu i patrzył na kanapę. Czterdzieści lat kierował ludźmi. I zawsze to działało.
Z czasem Toffi przestał go drażnić. Po prostu stał się częścią przestrzeni. I patrzył na niego. Cały czas. Leżał obok i obserwował — uważny, z głową lekko przechyloną, jakby słuchał. Któregoś dnia Marian czytał na głos o tym, że gmina podnosi podatek od wywozu śmieci, i powiedział głośno, bez namysłu:
— Skandal.
Toffi szczeknął raz. Krótko.
Marian spojrzał na niego znad gazety.
— Zgadzasz się ze mną?
Pies patrzył.
— Właśnie — powiedział Marian. — Skandal, tak.
To była ich pierwsza rozmowa.
Tydzień później poszedł do sklepu zoologicznego na Pradze. Wziął tanią karmę — tę samą, którą przywiozła Zosia. Włożył do koszyka. Potem spojrzał na sąsiednią półkę. Była tam inna karma. Droższa. Na opakowaniu napisane: „dla aktywnych psów małych ras, z jagnięciną”. Potrzymał w rękach. Odłożył. Znów wziął. Przecież on jest naprawdę aktywny. Lata cały dzień.
Kupił tę droższą.
W domu nasypał do miski. Toffi podszedł, powąchał i od razu zaczął jeść — bez typowych manewrów, bez udawania, że nie jest zainteresowany. Marian patrzył na niego i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Nie radość. Coś prostszego — po prostu dobrze, że on je.
W środę w parku nad stawem zaczepił go pan Henryk — osiemdziesięciolatek, zawsze z laską i zawsze gadatliwy.
— Panie Marianie! Z pieskiem pan?
— Wnuczki — powiedział Marian jak zwykle.
— Ładny psiak. Jamnik?
— Jamnik.
— Moja Kazia, świeć Panie nad jej duszą, uwielbiała jamniki — powiedział Henryk, siadając na ławce. — Mówiła, że one są mądre. Czasem mądrzejsze od ludzi.
Marian zamilkł. Patrzył na Toffiego — ten znalazł coś interesującego pod krzakiem i pracował nad tym z zawodową metodycznością.
— Zostawi go pan? — zapytał Henryk.
— Nie. Wnuczka zabiera go w piątek.
— Będzie pan żałował.
— Niczego nie żałuję — powiedział Marian. — W domu będzie porządek.
Powiedział to twardo. Ale coś w tych słowach było nie tak. Poczuł to.
Toffi podbiegł do niego i wsadził nos w but. Ręka sama opadła — podrapał za uchem. Pies zmrużył oczy.
Porządek. Cisza. Czysty dywan. Spacer czterdziestopięciominutowy, jedna trasa. Wszystko jak dawniej.
I nagle zobaczył to „jak dawniej” z przerażającą wyrazistością. Mieszkanie o szóstej rano — ciche, nieruchome. Śniadanie w samotności. Gazeta, którą nie ma z kim przedyskutować. Popołudnie, kiedy nie ma żadnego powodu, żeby iść do parku. Trzy lata tak żył. I to był porządek. Ale teraz ten obraz nie wyglądał już jak porządek. Wyglądał jak pustka.
W czwartek wieczorem Zosia pakowała plecak. Toffi siedział obok i z wyraźnym niepokojem obserwował przygotowania. Marian stał w drzwiach i patrzył.
— Zostaw go — powiedział. — Ja się nim zajmę.
Cisza. Zosia powoli się uśmiechnęła. Tak się uśmiechają ludzie, kiedy coś wraca na swoje miejsce.
— Dobrze, dziadku. Zostawię.
Toffi szczeknął. Krótko. Jakby stawiał kropkę.
Zosia wyjechała w piątek rano. Marian sam zaniósł jej plecak do auta, nie pozwolił nieść. Wnuczka przytuliła go przy klatce — mocno.
— Zadzwoń — powiedział.
— Zadzwonię. I ty.
— Ja tak bez powodu nie dzwonię.
— Dziadku. Zadzwoń.
Auto odjechało. Postał chwilę. Wszedł na górę. W przedpokoju czekał Toffi, merdając ogonem tak, że cały tył tańczył. Marian zdjął buty. Powiesił kurtkę.
— No to teraz będziemy we dwóch — powiedział. — Dasz radę?
Toffi zaszczekał.
— No to dobrze.
Porządek został. Pobudka o piątej trzydzieści, śniadanie o szóstej piętnaście. Spacery trzy razy dziennie — to też stało się porządkiem, tylko nowym. Gazeta na podłodze w kącie — rzecz oczywista.
Rano przy śniadaniu czytał gazetę na głos. Sytuacja międzynarodowa, wiadomości z dzielnicy, czasem prognoza pogody. Toffi siadał obok i słuchał — poważnie, z głową lekko przechyloną w prawo.
Wieczorami Toffi wskakiwał na jego nogi. Marian gasił światło. Pies oddychał spokojnie, rytmicznie. Marian leżał i słuchał.
Cisza. Ale nie pustka.
To była duża różnica.
Któregoś grudniowego wieczoru, kiedy za oknem sypał śnieg, a kaloryfer cicho szumiał, Marian odłożył książkę i spojrzał na jamnika śpiącego na jego kapciach. Zegar tykał. Herbata parowała na stoliku. Toffi otworzył jedno oko, jakby wyczuł wzrok, i spojrzał na niego.
Nie musiał nic mówić. Pies już wszystko wiedział.
I właśnie o to chodziło.