W październiku, kiedy w lessowym wąwozie królowej Jadwigi wiatr wyginał ostatnie kasztany, na Izbie Przyjęć naszego domu opieki w Sandomierzu położyli pana Henryka. Przywiózł go kierowca scanii, który znalazł go o świcie na poboczu trasy pod Stalową Wolą – sinego z zimna i tak wyczerpanego, że ledwie trzymał się na nogach. Pan Henryk nie miał przy sobie dokumentów, tylko wytartą portmonetkę z pięcioma złotymi i złożonym we czworo zdjęciem młodej kobiety. Pytany o nazwisko, raz podawał “Kowalski”, innym razem “Kowal”, a jeszcze raz napisał drżącą ręką w powietrzu “Heniu, po prostu Heniu”.
Od razu rzucało się w oczy jedno: nieobecność, która zżerała go od środka. Kiedy tylko ucichł gwar korytarza, słyszało się, jak mamrocze pod nosem: «Karolina… Karolinka przyjedzie» – i szuka wzrokiem okna, za którym miała, według niego, wysiadać z autobusu numer osiemnastka. Karolina, córka, od dziesięciu lat rzekomo mieszkała w Londynie. “Bo tam lepiej płacą na kontraktach” – powtarzała z dumą sala numer cztery. Nikt w to nie wierzył. W karcie pojawił się wpis: “tożsamość nieustalona”, a lekarz dyżurny mruknął do mnie: – Zuzanno, ten pan ma rozsianego raka trzustki. Tygodnie, może dni. Żadnej nadziei.
Mam dwadzieścia cztery lata i pracuję tu drugi sezon. Bardziej mi do głoszenia kwesty niż do zmieniania cewników – tak mówią. A ja po prostu nie umiem nosić fartucha bez zaangażowania. Pan Henryk został moim podopiecznym. Przynosiłam mu kisiel z czarnej porzeczki, poprawiałam wytarty koc w szkocką kratę, siadywałam obok, kiedy kaszel zginał go wpół. Najcięższe były jednak wieczory. Bo pan Henryk czekał na telefon, który nie dzwonił.
Telefon na dyżurce był starą jednotarczówką marki RWT, odrapaną i zawsze zakurzoną od kredensu. Ktokolwiek przechodził obok, słyszał pytanie: – Córuniu, a do mnie nikt? – Nie, panie Henryku. – To może jutro. Odwracał się wtedy do ściany i przez godzinę obrysowywał palcem kratę koca.
Pewnego wtorku, niosąc termometr, zastałam go w łóżku z czasopismem sprzed dwudziestu lat. Na okładce rozmazany wizerunek kobiety w kapeluszu. Pan Henryk pociągnął nosem i powiedział: – Widzisz, Zuziu? To ona. Karolinka. Wykąpała się wtedy w Bałtyku i spaliła policzki. Ładna, co?
W tym kapeluszu nie dało się odróżnić rysów twarzy, ale kiwnęłam głową. I nagle poczułam tę głupią, bezczelną myśl, od której nie mogłam się uwolnić. Pomysł był niedorzeczny, a jednak jedyny.
Następnego dnia po obiedzie zeszłam do pralni. Pachniało tam chloraminą i wilgotną pościelą. W kącie, pod regałem ze środkami czystości, stał bliźniaczy aparat – podłączony równolegle do linii wewnętrznej dyżurki, z wyblakłą tarczą i słuchawką upaćkaną farbą. Odszukałam numer 1-0-2. Poprosiłam o pomoc panią Jadwigę, salową, która myła podłogę na krzywiznach korytarza.
– Jak tylko zadzwoni, pani Jadziu, proszę podejść do łóżka czwórki i powiedzieć: “Panie Henryku, telefon do pana”. Tylko bez szczegółów.
Kobieta uniosła brew, ale wzięła mopa i otworzyła drzwi na oścież. Ja wróciłam do pralni i zamknęłam się na haczyk. Serce dudniło mi w nadgarstkach. Wybrałam 1-0-2. Dwa sygnały. Trzy. Cztery.
– Proszę, rozmowa – usłyszałam głos pani Jadwigi i odgłos drewniaków sunących po linoleum, a potem znajomy charkot oddechu.
Przysunęłam słuchawkę, zasłoniłam mikrofon brzegiem szalika, żeby zmienić barwę. – Tata? – powiedziałam. – To ja, Karolina.
W słuchawce zapadła taka cisza, że słyszałam tykanie rurek centralnego ogrzewania. A potem głos pana Henryka, cichszy niż kiedykolwiek: – To ty… naprawdę ty. Znalazłaś mnie.
– Znalazłam, tato. Jak się czujesz? Musisz być dzielny. Niedługo przyjadę, jak tylko dostanę urlop. Wytrzymaj jeszcze trochę.
Nie wiem, skąd brałam te słowa. Brzmiały obco i prawdziwie jednocześnie. Pan Henryk szlochał, a ja słyszałam, jak palcami szuka czegoś na kołdrze – może guzika od piżamy, może portfelika ze zdjęciem. Potem powiedział, że dom spłonął, że nie ma gdzie wrócić, ale teraz już wszystko dobrze. – Tylko przyjedź, córeczko, przyjedź, bo tęsknię.
Obiecałam.
Rozłączyłam się. W pralni unosił się zapach wybielacza, a mi trzęsły się dłonie. Pani Jadwiga stała na korytarzu z mopem w ręku i pociągała nosem. Nie zapytała o nic.
Ten pierwszy telefon odmienił go w ciągu paru godzin. Przestał patrzeć w sufit; zaczął układać na stoliku papierowe serwetki w gwiazdki, nucić pod nosem starą przyśpiewkę “Głęboka studzienka”. Dwa dni później poprosił mnie o grzebień i po raz pierwszy uśmiechnął się do lustra. Wiedziałam, że to nie ja jestem sprawczynią – to tamta, wyobrażona Karolina, która zadzwoniła z londyńskiej budki i przywiezie mu pomarańcze. Ale wystarczyło.
Zadzwoniłam drugi raz, w sobotę. Tym razem z komórki w magazynku pościeli. Mówiłam o deszczu w Londynie, o tym, że szukam tańszego lotu, o tym, że tęsknię i żeby nie tracił sił. Pan Henryk odpowiadał długimi zdaniami, których już od niego nie słyszano – że w dzieciństwie Karolinka miała pluszowego misia z urwanym uchem, że uczył ją jeździć na rowerku “Wigry”, że w niedzielę smażył dla niej racuchy z jabłkami, a ona zawsze dokładała cynamonu. Nie wszystkie te historie trzymały się kupy, ale każde zdanie było jak ćwiek wbijany w rzeczywistość.
Pod koniec soboty przyszedł doktor Winiarski. Wziął mnie na bok i powiedział, że nerka już nie pracuje. – Maksymalnie kilka dni. Jeśli chce pani coś zrobić, to teraz.
W niedzielę rano weszłam do sali numer cztery z przenośnym radiem. Pan Henryk leżał spokojnie, ale oddychał bardzo płytko. Spojrzał na mnie i wyszeptał: – Powiedz Karolinie, że ją kocham. Obiecaj. Obiecałam.
Zmarł o zmierzchu, z dłonią na portfeliku ze zdjęciem. Umyłam go, ubrałam w czystą koszulę, wsunęłam mu pod poduszkę ten wyblakły magazyn z okładką. A potem zrobiłam jedyną rzecz, która wydawała mi się konieczna – zaczęłam szukać Karoliny. Nie tej z wyobraźni, tylko prawdziwej.
Przetrząsnęłam skromny depozyt pana Henryka: portmonetkę, różaniec, chustkę, scyzoryk. W podłużnej przegródce, za fotografią, znalazłam złożoną kartkę z adresem: “Karolina Nowak, 14 Whitechapel Road, London E1 1BJ, tel. 0044 20 7946 0123”. Cyfry wyblakły, ale wciąż czytelne. Dzwoniłam trzy razy – nikt nie odbierał. Numer nie odpowiadał. Wtedy zrobiłam coś, na co odkładałam pieniądze od pół roku.
W poniedziałek o siódmej rano stałam przed biurem detektywistycznym “Szeryf” przy ulicy Grodzkiej. Położyłam na ladzie pięćset złotych w banknocie dwustuzłotowym i trzech stuzłotowych – a więc połowę moich oszczędności na nowy materac. Detektyw, pan Marek, wziął zlecenie i obiecał odpowiedzieć w ciągu dwóch tygodni. Pokazał mi umowę, podpisał ją, a ja dostałam kopię. Mechanizm został wprawiony w ruch.
Minęło dziesięć dni. Zorganizowałam skromny pogrzeb na cmentarzu komunalnym. Gdy pan Henryk spoczął w grobie ziemnym, złożyłam zamówienie w zakładzie “Ostatnia Posługa” – prosta płyta, tabliczka i krzyż. Koszt: dwa tysiące osiemset złotych. Wystawiłam je z własnego konta, trzymając wydruk przelewu w kopercie. Na tabliczce kazałam wyryć tylko: “Henryk, kochany tata”.
Jedenastego dnia zadzwonił pan Marek. – Jest, znalazłem. Karolina Nowak, po mężu Wiśniewska, mieszka w Harlow w hrabstwie Essex. Była przekonana, że ojciec zginął w pożarze cztery lata temu, bo tak poinformowała ją dawna sąsiadka, która chciała przejąć działkę. Od tamtej pory bezskutecznie szukała grobu.
Pojechałam po nią na dworzec PKS. Z torby wyjęłam pakunek – kartonowe pudełko przewiązane sznurkiem, a w nim: portmonetkę ze zdjęciem, różaniec, scyzoryk i wyblakły magazyn. Do tego dołączyłam kopertę z rachunkiem za nagrobek i napisem: “2800 zł – pokryłam z własnych środków, nie oczekuję zwrotu, ale chcę, żebyś wiedziała, że ojciec miał godny koniec”.
Karolina wysiadła z autobusu w długim płaszczu, ze spierzchniętymi ustami i zaciśniętymi pięściami. Kiedy wręczyłam jej pudełko, otworzyła je od razu. Wyciągnęła fotografię, przyłożyła ją do ust. Potem wzięła kopertę, rozdarła brzeg, spojrzała na kwotę i powiedziała tylko: – Proszę, niech pani poda swój numer konta.
– Nie trzeba. On czekał na ten jeden telefon, a zrobiłam to za darmo. Reszta jest dla pani.
Odwróciła się do okna autobusu, a ja zostałam na przystanku, czując, jak wiatr od Wisły rozwiewa mi włosy. Nie oglądałam się. W kieszeni fartucha miałam zmiętą umowę z biurem “Szeryf”, na której widniał stempel opłaconej zaliczki – pięćset złotych – i dopisek: “sprawa zamknięta”. Wiedziałam, że wieczorem wyślę jej SMS z lokalizacją grobu. A potem zrobię herbatę i położę się spać.