Trzydzieści osiem lat. Tyle Bożena Sawicka przepracowała w tym samym miejscu — najpierw jako księgowa u ojca męża, potem jako współwłaścicielka warsztatu samochodowego przy ulicy Kilińskiego w Radomiu. Szyld wisiał nad wjazdem od 1987 roku, farba już dawno spłowiała, ale litery „Sawicki i Syn" wciąż dało się odczytać.
Syna było dwóch. Ale warsztat prowadził tylko Marek.
Bożena miała sześćdziesiąt trzy lata i emeryturę, która starczała na leki i czynsz, nic więcej. Warsztat był jej polisą. Tak to sobie tłumaczyła, kiedy nie spała po nocach: gdyby coś się stało, jest ten udział — dwadzieścia pięć procent, zapisane jeszcze przez męża, świętej pamięci Tadeusza, w akcie notarialnym z 2003 roku. Cztery litery jej nazwiska w dokumencie, który nigdy nie leżał w domu — trzymał go Marek, „bo tak wygodniej, mamo, wszystko mam w segregatorze".
We wtorek rano, pod koniec sierpnia, Bożena przyszła z termosem herbaty i pudełkiem szarlotki — taki zwyczaj, przynosiła synowej ciasto co dwa tygodnie, odkąd urodziła się wnuczka. W poczekalni warsztatu pachniało olejem silnikowym i kawą rozpuszczalną z automatu, na ścianie wisiał kalendarz z Oponeo, w telewizorze bezgłośnie leciał program o remontach.
Drzwi do biura były uchylone. Usłyszała głos synowej, Agaty, i zaraz potem głos Marka — nie podniesiony, ale twardy, jakby to była setna rozmowa na ten temat, nie pierwsza.
— Papiery już są u notariusza — mówił Marek. — Podpiszemy w piątek. Matka nie musi nic wiedzieć, ona i tak nigdy tu nie zagląda do dokumentów.
— A jeśli zapyta o swój udział przy jakiejś okazji?
— To powiem, że to formalność, że nic się nie zmienia. Zresztą po co jej to. Ona ma emeryturę, mieszkanie ma. Ten warsztat to ja zbudowałem, ja i tak przez dwadzieścia lat robię tu za darmo więcej, niż ona kiedykolwiek włożyła.
Bożena stała z termosem w ręku. Cukier na szarlotce zdążył się już rozpuścić od ciepła torby, poczuła to przez papier. Nie weszła. Odstawiła torbę na krzesło w poczekalni, obok stosu starych gazet motoryzacyjnych, i wyszła tak, jak przyszła — cicho, bocznym wejściem, żeby dzwoneczek nad drzwiami się nie odezwał.
W autobusie numer 3, wracając do domu na Gołębiów, patrzyła przez okno na market Biedronki, na ludzi czekających na przystanku, i liczyła w głowie. Dwadzieścia pięć procent z warsztatu, który — jak mówił jej ostatni wyciąg z KRS, przypadkiem zobaczony u znajomej księgowej — wart był grubo ponad milion złotych. Ćwierć miliona złotych. Tyle, ile jej mąż zapisał, umierając na raka trzustki jedenaście lat temu, mówiąc jej wtedy w szpitalu na Aleksandrowskiej: „Zostaw sobie te udziały, Boża, nie daj się z nich wykiwać, nawet synowi".
Nie zadzwoniła do Marka. Zamiast tego następnego dnia pojechała do kancelarii notarialnej przy placu Konstytucji 3 Maja — nie do tej, z którą pracował syn, tylko do innej, poleconej jej kiedyś przez sąsiadkę z klatki, panią Halinę, emerytowaną pielęgniarkę.
Notariusz, młody mężczyzna o nazwisku Wieczorek, wysłuchał jej spokojnie, poprosił o numer księgi wieczystej i dane spółki. Wystarczyło pół godziny, żeby ustalić: umowa sprzedaży udziałów, którą Marek chciał podpisać w piątek, wymagała zgody wszystkich wspólników — także jej. Bez jej podpisu nie było żadnej transakcji. Marek albo o tym zapomniał, albo liczył, że matka się nie zorientuje i podpisze cokolwiek, co jej podsuną.
— Może pani też złożyć wniosek o wgląd do pełnej dokumentacji spółki — powiedział notariusz. — I proszę rozważyć pełnomocnictwo dla niezależnego księgowego. Żeby nikt więcej nie tłumaczył pani, co jest formalnością, a co nie.
W piątek Bożena przyszła do warsztatu o dziewiątej, kiedy Marek akurat siedział z Agatą i drugim wspólnikiem przy stole w biurze, z dokumentami rozłożonymi jak do podpisu. Nie zapukała. Weszła tak samo cicho, jak wtedy wyszła — tylko tym razem z teczką, którą kupiła dzień wcześniej w sklepie papierniczym przy Żeromskiego, żeby wyglądała porządnie.
— Dzień dobry — powiedziała. — Widzę, że mieliście podpisywać beze mnie.
Marek spuścił wzrok na papiery, potem podniósł go na matkę.
— Mamo, to nie tak, jak myślisz, to tylko…
— Formalność. Słyszałam. We wtorek, z poczekalni.
Cisza w biurze trwała może pięć sekund, ale Agata zdążyła w tym czasie odsunąć swój kubek z kawą, jakby chciała zrobić miejsce na coś, czego jeszcze nie było na stole.
Bożena otworzyła teczkę i położyła na blacie kopię aktu z 2003 roku oraz pismo od notariusza Wieczorka, w którym ten potwierdzał, że wszelka sprzedaż udziałów bez zgody współwłaścicielki jest nieważna.
— Nie podpiszę tej umowy — powiedziała. — Ale mam dla ciebie inną propozycję, Marek. Chcę, żeby moje dwadzieścia pięć procent zostało wycenione przez niezależnego rzeczoznawcę, tak jak należy, i żebyś je ode mnie odkupił po realnej cenie — albo żebym co miesiąc dostawała swoją część zysku, jak każdy udziałowiec. Notarialnie, na piśmie, z terminami.
— Mamo, to jest firma rodzinna, po co ci prawnik do własnego syna…
— Bo własny syn właśnie próbował mnie wywłaszczyć w piątek rano, kiedy myślał, że nie wiem.
Nikt się nie odezwał. W telewizorze w poczekalni ktoś nadal bezgłośnie kładł panele podłogowe.
Do wyceny doszło trzy tygodnie później. Rzeczoznawca z Warszawy wycenił jej udział na dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — więcej, niż się spodziewała. Marek nie miał takiej gotówki, więc podpisali umowę na spłatę w ratach przez pięć lat, z odsetkami, poświadczoną notarialnie, z zabezpieczeniem na nieruchomości warsztatu. Pierwszą ratę, dwadzieścia dziewięć tysięcy złotych, Bożena odebrała przelewem w październiku.
Nie przestała przynosić szarlotki co dwa tygodnie — teraz zostawiała ją w poczekalni na ladzie, nie wchodząc do biura, i wracała tym samym autobusem numer 3, patrząc na tę samą Biedronkę za oknem. Ale teraz w torebce, obok termosu, nosiła kopię umowy w foliowej koszulce — na wypadek, gdyby ktoś znowu spróbował jej wytłumaczyć, że coś jest tylko formalnością.