Czekałam na ten wieczór od początku tygodnia

Pracuję w restauracji „Pod Dębem” w Tarnowie już jedenaście lat. Zmianę kończyłam o dwudziestej drugiej, ale w piątek zawsze schodziło się później. Zmywak szumiał, kelnerzy biegali między stolikami, a ja stałam przy barze i przeliczałam paragony. Wtedy ich zobaczyłam.

Weszła kobieta z nastolatkiem. Od razu pomyślałam: matka z synem. Zamówiła stolik przy oknie, kelner podał karty i poszedł po wodę. Chłopak — może czternaście lat — rozglądał się po sali z miną, jakby już wszystko widział i nic go tu nie obchodziło. Mama poprawiła mu kołnierzyk, a on odsunął się i mruknął coś pod nosem. Usiadłam głębiej za barem, ale przez lusterko wszystko widziałam.

Podszedł do nich Marek — nasz kelner. Dwudziestotrzyletni, z zespołem Downa. Pracuje u nas trzeci sezon i uwielbia swoją robotę. Zawsze ma czysty fartuch, notesik i długopis w dłoni, a przed przyjęciem zamówienia jeszcze raz powtarza sobie nazwę dnia. Kiedy zaczął mówić: „Dobry wieczór, dziś polecamy…” — chłopak przy stoliku parsknął. Podniosłam głowę znad paragonów. Marek, starając się starannie zapisać zamówienie, na chwilę się zająknął przy nazwie deseru, a nastolatek wyszczerzył zęby, szturchnął palcem w swoją komórkę i zaczął pisać SMS-a, trzęsąc się ze śmiechu.

Matka zamarła. Widziałam, jak zaciska palce na torbie, aż skóra na knykciach zrobiła się biała. Złapała syna za nadgarstek i ścisnęła tak, że aż podskoczył. Nic więcej nie zrobiła — przy ludziach. Ale ja już wiedziałam: ten wieczór się dla niego nie skończy dobrze. Marek, biedak, chyba nawet nie zauważył — zapisał wszystko, podziękował i odszedł do kuchni. A ja czekałam.

Po pięciu minutach kobieta wstała. Podeszła do Marka, położyła mu rękę na ramieniu i powiedziała coś cicho. Nie słyszałam słów, ale Marek się uśmiechnął. Potem położyła banknot na stoliku — pięćdziesiąt złotych — i pociągnęła syna do wyjścia. Kiedy przechodzili obok baru, usłyszałam urywek jej głosu, ostry i cichy zarazem: „W samochodzie porozmawiamy”. Chłopak nie odpowiedział, tylko wbił oczy w podłogę i przyspieszył kroku. Drzwi się za nimi zamknęły, a ja zostałam z paragonami, niedopitą herbatą i tym uczuciem, że coś ważnego właśnie się zaczęło.

Ela, nasza szatniarka, wyszła zapalić dwadzieścia po dziesiątej i widziała ich jeszcze na parkingu. Mówiła potem, że kobieta stała przy otwartych drzwiach samochodu i mówiła coś do syna bardzo długo, a on siedział z rękami na kolanach i nie ruszał się w ogóle. Nie krzyczała — Ela by usłyszała. Po prostu mówiła. I mówiła.

Następnego dnia przyszli znowu. Była sobota, godzina czternasta. W sali pachniało rosołem i świeżym chlebem. Marek rozkładał sztućce przy oknie, a ja podliczałam wczorajsze utargi. Drzwi się otworzyły i weszli — ta sama kobieta i ten sam chłopak. Tylko że teraz chłopak trzymał w rękach białą kartonową torbę z cukierni „U Ani” po drugiej stronie rynku.

Nie podeszli do stolika. Chłopak rozejrzał się, zobaczył Marka i ruszył prosto do niego, ale w połowie drogi przystanął, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Matka, która szła tuż za nim, nie popchnęła go, nie powiedziała ani słowa — po prostu stanęła obok, o pół kroku z tyłu. Widziałam, jak zaciska dłoń na pasku torebki tak mocno, że knykcie znowu zbielały, i patrzy na syna, nie oddychając.

Chłopak zatrzymał się przed kelnerem. Marek podniósł głowę znad sztućców i popatrzył zdziwiony. Nastolatek postawił torbę na najbliższym stoliku i wyciągnął z niej pudełko — szare, przewiązane niebieską wstążką. Ręce mu się trzęsły, kiedy rozwiązywał supeł, więc w końcu po prostu podał pudełko tak, ze wstążką na wpół rozsupłaną.

— Przepraszam — powiedział. Cicho, zupełnie inaczej niż wczoraj. — Wczoraj zachowałem się podle. Śmiałem się z pana, chociaż pana nie znam. To jest dla pana.

Podał pudełko Markowi. Marek wziął je powoli, ostrożnie, jakby trzymał w rękach coś kruchego. Zajrzał do środka — w środku leżały bezy, takie z orzechami, widać było przez przezroczyste wieczko. Uśmiechnął się i odpowiedział:

— Dziękuję. A wiesz, że ja też lubię tam chodzić?

Chłopak przełknął ślinę.

— Może… moglibyśmy pójść razem? Na kawę.

Marek popatrzył na niego i pokiwał głową.

— Dobrze. W poniedziałek kończę o piętnastej.

Matka przy drzwiach zacisnęła usta i odwróciła twarz do okna na chwilę, jakby coś jej wpadło do oka. Kiedy znowu spojrzała na syna, w kącikach powiek błyszczało, ale nic nie powiedziała. Chłopak odwrócił się i poszedł do niej, nawet nie oglądając się za siebie. A Marek wziął swoje pudełko, podszedł do lady i postawił je obok moich paragonów.

— Pani Grażynko, niech pani spróbuje.

Otworzył wieczko. Bezy pachniały wanilią i czymś jeszcze — może migdałami, a może po prostu tym, że chłopak kupił je za własne kieszonkowe. Trzysta gramów za jedenaście złotych, widziałam cenę na wieczku.

Wzięłam jedną. Marek wziął drugą. Zjedliśmy w milczeniu.

Przez szybę widziałam, jak matka z synem idą przez rynek. Chłopak na chwilę się zatrzymał, chciał coś powiedzieć, ale tylko podniósł kołnierz i przyspieszył kroku. Kobieta położyła mu dłoń między łopatkami. Ot tak, lekko. Bez słowa.

Wróciłam do swoich rachunków. Pudełko zostało na ladzie, między filiżankami. Marek wrócił do sztućców. Wczorajszy banknot — te pięćdziesiąt złotych, które kobieta zostawiła na stoliku — wciąż leżał w osobnej przegródce kasy, tam, gdzie odkładam napiwki na koniec zmiany. Wyjęłam go, złożyłam na pół i schowałam do koperty z podpisem „Marek”, osobno od reszty utargu. Nic więcej nie dopisałam.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

twenty − 3 =