Sukienka z życzeniami

Barbara zdjęła buty w przedpokoju, nie pytając o pozwolenie. Postawiła torebkę na komodzie, którą sama wybrała dla córki trzy lata temu, i weszła do salonu, jakby to ona płaciła czynsz. Na zewnątrz był grudzień, za oknem prószył śnieg, a w kaloryferach cicho bulgotała woda — zwykły wtorkowy wieczór na wrocławskim Ołbinie. Na stole stał niedopity kubek herbaty i otwarty laptop z arkuszem kalkulacyjnym. Mikołaj siedział w fotelu i właśnie próbował zrozumieć, dlaczego dostawca storczyków podniósł cenę o piętnaście procent. Zobaczył teściową dopiero wtedy, gdy stanęła dokładnie między nim a telewizorem.

— Synku — powiedziała. — Jutro składasz pozew o rozwód.

Mikołaj odłożył długopis. Nie na stół — na podłokietnik. Powoli, jakby ważył sto gramów. Przez chwilę mierzył teściową takim wzrokiem, jakim patrzy się na kogoś, kto właśnie ogłosił, że zamierza przepłynąć Odrę wpław w styczniu.

— Przepraszam, Barbaro, czy to było do mnie?

— A widzisz tu kogoś innego?

— Nie, po prostu sprawdzam, bo może pani przyszła do Magdy, a Magda jest na jodze. Wróci za godzinę. Może herbaty?

— Nie po herbatę tu przyszłam. Przestań zgrywać idiotę, to poważna rozmowa. Magda się z tobą męczy.

Mikołaj uniósł brew. Nie zdziwił się — Barbara od dawna uważała go za zbyt mało zaradnego, zbyt mało poważnego, zbyt mało w ogóle. Miał kwiaciarnię na placu Strzeleckim, którą przejął po ciotce. Dla teściowej to nie był biznes — to był „stragan”. Magda pracowała w korporacji, zarabiała dwa razy tyle, a Barbara najwyraźniej nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego córka wybrała właśnie jego.

— Wie pani co, Barbaro — powiedział. — Proszę mi wyjaśnić jedną rzecz. Kiedy Magda mówi, że się ze mną męczy?

— Nie musi mówić! Matka widzi.

— Co widzi? Że wracam po dwunastu godzinach na nogach i padam na kanapę? Że czasem nie mam siły na rozmowę? To nie jest męczenie się ze mną — to jest życie z kimś, kto pracuje fizycznie. Ja nie zamykam Excela i nie jadę do domu. Ja rozładowuję dostawy, podlewam, przesadzam, rozmawiam z klientami, którzy nie wiedzą, czy chcą gerbery, czy frezje. I potem jestem zmęczony. To się nazywa normalność.

Barbara podeszła do okna. Za szybą sąsiad z psem — stary bokser, zawsze szczeka na gołębie. Czekała chwilę, zanim odwróciła się z powrotem.

— Ciocia Zośka zapisała ci tę kwiaciarnię. Mogłeś ją sprzedać i dać pieniądze na wkład własny na mieszkanie dla Patrycji. Moja druga córka wynajmuje klitkę na Psim Polu, a ty siedzisz na swoim i nawet palcem nie kiwnąłeś, żeby pomóc rodzinie.

Mikołaj wypuścił powietrze — krótko, jak przez zaciśnięte zęby.

— Jeszcze raz, bo chyba się zgubiłem. Przyszła pani, żeby kazać mi się rozwieść z Magdą, i przez pół minuty już pani przeszła do tego, że nie dałem Patrycji pieniędzy. To dwie różne sprawy, prawda?

— To ta sama sprawa! Bo ty nigdy nie byłeś rodzinny! Ty tylko swoje. Swoja kwiaciarnia, swoje plany, swoje oszczędności. A Magda potrzebuje kogoś, kto będzie przy niej, a nie siedzi w tych badylach do nocy.

Mikołaj wstał. Nie ze złości — bardziej z potrzeby, żeby nie patrzeć na teściową z pozycji fotela. Był od niej wyższy o głowę. Barbara instynktownie cofnęła się o pół kroku i poprawiła pasek torebki, który wcale się nie zsunął.

— Niech mi pani powie szczerze — zaczął. — To Magda panią przysłała?

— Magda jest za miękka, żeby podjąć decyzję.

— Czyli nie przysłała. Dobrze. To teraz ja pani coś powiem. Magda i ja w zeszłym miesiącu zaczęliśmy starania o dziecko. Wie pani o tym?

Barbara zamrugała. Raz. Drugi. Wyglądała, jakby ktoś w połowie wykładu zmienił slajd na niewłaściwy.

— Magda by mi…

— Nie powiedziała. Bo wiedziała, co pani powie. Że za wcześnie, że nie stać nas, że powinniśmy najpierw kupić większe mieszkanie, że ona powinna awansować. Zgadza się?

Teściowa milczała. Na parapecie za jej plecami gołąb przysiadł na chwilę i odleciał — Mikołaj odprowadził go spojrzeniem.

— A skoro już pani poruszyła temat kwiaciarni — ciągnął. — Wie pani, ile kosztuje utrzymanie lokalu na placu Strzeleckim? Czynsz, media, ZUS, faktury. Osiemdziesiąt tysięcy rocznie, Barbaro. Osiemdziesiąt. I wie pani, kto mi pomógł, kiedy w zeszłym roku padła chłodnia i wszystkie róże poszły do kosza? Magda. Dała mi dziesięć tysięcy. Swoich. Bez pytania, bez warunków. Nie Patrycja, nie pani. Magda. Bo ona wierzy w to, co robię. A pani nie wierzyła nigdy.

Barbara zacisnęła usta. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale on już mówił dalej — bez podniesionego głosu, cedząc słowa.

— A teraz pani stoi w moim salonie i mówi mi, że mam się rozwieść. Za czyje pieniądze, Barbaro? Bo rozwód też kosztuje. Adwokat, podział majątku, sąd. Chce pani za to zapłacić? Bo ja nie zamierzam. Ja zamierzam kupić nowy regał chłodniczy i skończyć remont w sypialni, zanim dziecko się urodzi.

— Dziecko… — powtórzyła Barbara i tym razem słowo to utknęło jej w gardle, jakby próbowała przełknąć pestkę. Nagle poprawiła pasek torebki, tym razem naprawdę — skórzany rzemyk przekrzywił się pod ciężarem breloczka — i znieruchomiała na moment. A potem uniosła podbródek i wbiła w zięcia twarde, zimne spojrzenie.

— Czyli co? Myślisz, że dziecko wszystko załatwi? Że jak ona urodzi, to nagle przestaniesz być tym samym niedorajdą, który nie potrafi zarobić na czynsz bez jej pomocy? Ty nawet kwiatów nie umiesz sprzedać, żeby chłodnia ci nie padła.

Wypowiedziała to szybko, prawie szeptem, jakby bała się, że słowa wystygną, zanim zdążą zaboleć. Mikołaj nie spuścił z niej oczu. Sięgnął po coś z komody — małe, miękkie zawiniątko w szarym papierze, przewiązane białą wstążeczką. Położył je na stole między nimi, nie odwijając.

— Z dwóch rzeczy nie zamierzam się przed panią tłumaczyć — powiedział. — Z tego, jak zarabiam, i z tego, jak kocham własną żonę. Ale co do Patrycji… Proszę jej przekazać, że od stycznia potrzebuję kogoś do pomocy przy dostawach. Dwa dni w tygodniu, popołudniami. Stawka nie jest królewska, ale zawsze to coś więcej niż nic. Jeśli chce, niech zadzwoni.

Barbara otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Patrzyła to na Mikołaja, to na szare zawiniątko na stole — i nagle, zupełnie bezwiednie, wyciągnęła po nie rękę. Dotknęła papieru czubkami palców, tak jak dotyka się rzeczy kruchej.

— To śpioszki — wyjaśnił Mikołaj. — Magda kupiła w zeszły piątek, jak tylko zobaczyła dwie kreski na teście. Żółte, w zielone paseczki. Zawinąłem, bo planowałem dać je pani symbolicznie, kiedy już oficjalnie ogłosimy. Ale skoro jest pani dziś…

Pchnął paczuszkę w jej stronę. Barbara cofnęła dłoń gwałtownie, jakby papier parzył. Przez sekundę wydawało się, że coś pęknie — może torebka, może pasek, może ta sztywna linia pleców — ale nie. Odwróciła się do wyjścia, sięgnęła po płaszcz, nie patrząc już na stół.

Przy drzwiach zatrzymała się jednak. Z ręką na klamce, plecami do zięcia, powiedziała:

— Sukienka, którą kupiłam Magdzie do chrztu, miała wyszywane gołąbki. Trzymałam ją dwadzieścia osiem lat. Myślisz, że twoje… śpioszki… coś znaczą?

Wysunęła się na klatkę schodową i tym razem zamknęła drzwi bezszelestnie — jakby bała się hałasu, który sama mogłaby wywołać. W przedpokoju został tylko zapach jej perfum, mokry ślad na wycieraczce i paczuszka ze śpioszkami na stole, przy niedopitym kubku herbaty.

Mikołaj odpalił ekspres do kawy. Sięgnął po telefon i wystukał wiadomość do Magdy: „Twoja mama była. Wszystko OK, opowiem jak wrócisz. Kocham Cię. Ps. Głąb kapusty został na parapecie, ten gołąb znowu przylazł”. Po chwili dopisał jeszcze jedno zdanie: „Paczka dla Patrycji stoi w szafce — tę z życzeniami na nowe mieszkanie. Może wyślij jej jutro”.

Po czym usiadł i czekał, mieszając łyżeczką stygnącą herbatę, której i tak nie miał zamiaru dopić.

Magda weszła do mieszkania dwadzieścia po dziewiątej. Pachniało kawą i wilgotnym śniegiem z uchylonego okna. Mikołaj stał przy kuchence i mieszał w garnku zupę pomidorową z wczoraj, odgrzewaną. Na stole, obok laptopa, leżało szare zawiniątko — to samo, które Magda oglądała w piątek w sklepie na Jedności Narodowej.

— Była, co? — zapytała, nie zdejmując płaszcza.

— Była.

— Czego chciała?

— Rozwodu.

Magda powoli rozwiązała szalik. Odłożyła go na komodę, przytrzymując dłonią chwilę dłużej, niż trzeba — jakby pod palcami poczuła coś śliskiego i zimnego.

— Rozwodu — powtórzyła. — Ja w sumie liczyłam się z tym, że prędzej czy później poprosi mnie o rozwód z rodziną. Ale żeby od razu ciebie?

Zaśmiała się krótko, ale śmiech urwał się w pół drogi i zamienił w coś, co przypominało gwałtowny wydech. Podeszła do stołu, podniosła paczuszkę i obróciła ją w palcach, nie odwijając — tak, jakby ważyła więcej niż kilo cukru.

— Pokazałeś jej?

— Nie zdążyła zobaczyć. Ale wie, że są.

Magda stała chwilę bez ruchu. Potem podniosła paczuszkę do twarzy i przycisnęła ją do policzka — szary papier był chłodny i gładki. Przez minutę nic nie mówiła, a Mikołaj mieszał zupę, jakby od tego zależał los świata. W końcu Magda odłożyła śpioszki i podeszła do niego. Oparła czoło o jego ramię — mocniej niż zwykle, tak że poczuł przez bluzę nacisk kości.

— Powiedziałeś jej o Patrycji? O tej paczce?

— Powiedziałem.

— I co?

— Nic. Ale dałem Patrycji propozycję pracy na dwa dni w tygodniu. Jeśli się zgodzi, będzie mogła odłożyć na wkład własny szybciej, niż gdybyśmy jej po prostu dali pieniądze.

Magda oderwała czoło od jego ramienia i popatrzyła mu prosto w twarz. Przez moment wyglądała, jakby chciała zapytać: „Jesteś święty czy głupi?” — ale nie zapytała. Zamiast tego wzięła ścierkę i zaczęła wycierać blat obok kuchenki, chociaż blat był suchy.

— Co jej odpowiedziałeś na koniec? — zapytała, nie przerywając wycierania.

— Żeby na ciebie popatrzyła wieczorem. Bez słów. I żeby sama sobie odpowiedziała, czy jesteś ze mną szczęśliwa.

Ręka Magdy ze ścierką znieruchomiała na blacie. Przez chwilę słychać było tylko bulgotanie zupy i kapanie deszczu o parapet — śnieg za oknem przeszedł w styczniową mżawkę, a gołąb dawno odfrunął. Potem Magda odłożyła ścierkę, podeszła do zawiniątka na stole i rozwiązała wstążeczkę — powolutku, jakby odpakowywała coś, co miało wybuchnąć. Żółte śpioszki w zielone paseczki rozłożyła płasko na blacie. Przez materiał, tuż przy kołnierzyku, wyszyta była malutka stokrotka — ta sama, którą Magda dorysowała flamastrem na paragonie, zanim jeszcze zapłaciła.

— Gołąbki przy stokrotce — mruknęła. — Matka by się wściekła.

Mikołaj postawił przed nią talerz z zupą. Magda nie usiadła od razu — najpierw wyjęła telefon i przez chwilę stukała w ekran. Mikołaj dostrzegł kątem oka nazwę kontaktu: „Patrycja”. Potem odłożyła komórkę ekranem do dołu, usiadła i wzięła łyżkę.

— Co jej napisałaś?

— Że w niedzielę mamy u nas obiad. I żeby wzięła kalendarz, bo podobno mój mąż jest za głupi, żeby prowadzić firmę, i potrzebuje normalnego pracownika, zanim całkiem zbankrutuje na tych badylach.

Wymówiła słowo „badylach” dokładnie taką intonacją, jaką używała Barbara — i dopiero wtedy się uśmiechnęła. Był to uśmiech zmęczony, wciąż niepewny, i łamał się na krawędzi warg, jakby nie do końca słuszny. Mikołaj przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko. Ich kolana zetknęły się pod stołem — zderzak w zderzak, zimne dżinsy o ciepłe dżinsy.

Na parapecie za oknem mokry śnieg utworzył małą kałużę. Za kilka dni Magda odstawi kawę na dobre, a Mikołaj znajdzie w skrzynce na list kartkę od Patrycji — zwykłą pocztówkę z PS-em: „Przyjdę w poniedziałek”. Ale tego wtorkowego wieczoru zupa stygła, śpioszki leżały rozłożone na stole, a dwoje ludzi w małym mieszkaniu na Ołbinie po prostu jadło kolację, nie wiedząc jeszcze, że sukienka do chrztu leży w szafie u Barbary od dwudziestu ośmiu lat i że gołąbki na niej są białe, a nie żółte.

Rating
( 1 assessment, average 3 from 5 )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 1 =