Nazywam się Barbara Wilk, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu z górą pracuję jako listonoszka na Bielanach. Tę historię znam nie z gazet, tylko z własnej ulicy – bo mieszkam tam do dziś, w tym samym bloku, tylko że wtedy, w grudniu osiemdziesiątego dziewiątego, byłam młodą mężatką i nosiłam listy pieszo, bo naszym fiatem 126p nie dało się jeździć – benzyna była na kartki, a kartki się kończyły.
Na parterze, pod moimi drzwiami, mieszkali Kowalscy. Ryszard pracował w Hucie Warszawa, Danuta – w spółdzielni krawieckiej przy Marymonckiej. Kiedy huta zaczęła zwalniać ludzi falami, bo inflacja zjadała wszystko, a zamówienia się kurczyły, Ryszard dostał wypowiedzenie w listopadzie. Pamiętam dokładnie, bo przyniosłam im wtedy pocztę – kopertę z huty – i zobaczyłam, jak Danuta trzyma tę kartkę tak długo, że papier zaczął się gnieść w jej dłoni.
Mieli dwóch synów, Piotrka i Marka, dziesięć i dwanaście lat. Trzeci pokój w tym mieszkaniu, mniejszy, wychodzący na podwórko, stał pusty od śmierci teściowej Danuty. Otóż w styczniu Ryszard zrobił z niego coś, czego nikt na klatce się nie spodziewał.
Rozbierał na złom porzucone samochody, które stały wtedy wszędzie – ludzie zostawiali auta bez benzyny czy bez części, bo warsztat kosztował fortunę, a części trzeba było zdobywać spod lady. Z przedniych szyb i drzwi wyciągniętych z takiego grata pod wiaduktem przy Żeraniu zbił szklaną szklarnię, oparł ją o ścianę tamtego pustego pokoju, tak żeby zimowe słońce wpadało przez auto-szyby prosto na parapet. Sadził tam cebulę, rzodkiewkę, potem pomidory w skrzynkach po wódce, które wyprosił w sklepie na rogu. Pamiętam ten pokój – szyba przy szybie, w jednej wciąż była naklejka stacji benzynowej, w innej pęknięcie zaklejone taśmą – a między nimi zielone listki, jakby ktoś przeniósł kawałek maja do stycznia.
Danuta przyjmowała szycie i cerowanie za grosze – łatała spodnie sąsiadom, przerabiała palta z czasów, kiedy jeszcze było co przerabiać. A w niedziele gotowała zupę na całą klatkę. Otwierała okno kuchenne od podwórka i przez nie podawała miski – dwadzieścia porcji dziennie, licząc dzieci z sąsiednich bloków, których matki pracowały na dwie zmiany albo w ogóle nie miały pracy. Fasola i groch z tej szklarni szły właśnie do tego gara.
Chłopcy zbierali węgiel, który spadał z wagonów na bocznicy kolejowej niedaleko Dworca Gdańskiego – biegali tam po lekcjach z wiaderkami po farbie, a potem sprzedawali ten węgiel po kawałku sąsiadom z góry, którzy nie mieli sił chodzić tak daleko. Za piece nie płacili tamtej zimy wcale – palili skrzynkami z magazynu przy sklepie mięsnym, drewnem z rozbiórki starej altany na działkach, wszystkim, co się dało włożyć do pieca kaflowego.
Pamiętam, jak w lutym przyniosłam Danucie list od siostry z Krakowa. Otworzyła go przy mnie, bo czekała na odpowiedź – wcześniej sama pisała do tej siostry, prosząc, może nie wprost, ale między wierszami, żeby przysłała trochę pieniędzy. Siostra odpisała, że sama ledwo wiąże koniec z końcem, huta w Krakowie też zwalnia. Danuta przeczytała to stojąc w progu, złożyła kartkę na pół, potem jeszcze raz, i powiedziała do mnie, nie do siebie: "Nie mamy pieniędzy, Basiu, ale piec mamy pełny i garnek pełny. Na Bielanach to i tak fortuna."
Nie zapomnę tego zdania, bo powiedziała je bez cienia żalu – jakby rzeczywiście liczyła się z tego, co ma, a nie z tego, czego brakuje.
Sytuacja zaczęła się psuć naprawdę w marcu, kiedy administracja osiedla – już wtedy zaczynały chodzić słuchy o reformie, o cenach, które mają "puścić" – przysłała do Kowalskich pismo. Ktoś doniósł, że w mieszkaniu komunalnym prowadzą "działalność gospodarczą" – że Danuta bierze pieniądze za szycie, że Ryszard sprzedaje warzywa z tej swojej szklarni sąsiadom, choć naprawdę oddawał je za darmo albo za to, co ktoś akurat miał: jajka, mydło, czasem butelkę oleju. Groziła im eksmisja albo kara.
Pamiętam ten dzień, bo urzędniczka z administracji, pani Kaczmarek, przyszła osobiście, w futrze, które nie pasowało do tej klatki schodowej pachnącej kapustą i węglem. Stanęła w progu kuchni, spojrzała na gar z zupą, na dzieciaki z sąsiedztwa siedzące na taborecie, na Danutę z igłą w ręku, i powiedziała, że to "nielegalny handel" i że ma to spisać do protokołu.
Ryszard, który akurat wrócił z bocznicy z chłopcami, postawił wiadro z węglem przy progu i zapytał wprost, gdzie mieszka pani Kaczmarek i czy zimą u niej w piecu też pali się skrzynkami po wódce, bo może przy okazji przyniesie jej trochę węgla za darmo, żeby zobaczyła, jak to jest liczyć każdą bryłę.
Zapadła cisza, jaką pamiętam do dziś – nie dlatego, że ktoś krzyczał, tylko dlatego, że nikt się nie odezwał przez dobrą minutę. Kaczmarek spojrzała na notes, potem na dzieci przy stole, na miskę zupy parującą jeszcze dla kogoś, kogo nie było. Zamknęła notes. Powiedziała tylko, że da im czas do wiosny, żeby "uregulowali sprawę".
Do wiosny nie trzeba było niczego regulować. W kwietniu Ryszard dostał robotę przy budowie nowego osiedla na Tarchominie – fizyczną, ciężką, ale płatną, bo akurat ruszyła inwestycja, którą ktoś przepchnął mimo kryzysu. Szklarnia ze szyb została, tylko już nie jako jedyne źródło jedzenia, tylko jako coś, co Ryszard trzymał z uporu – mawiał, że skoro raz nauczył się hodować pomidory w styczniu, to i tak nie przestanie.
Zupa w niedziele też została. Zniknęła dopiero, kiedy Danuta zachorowała, już w dziewięćdziesiątym trzecim – a ja wtedy, przynosząc jej listy, przynosiłam też czasem chleb, bo tak się wtedy robiło na tej klatce.
Do dziś, kiedy mijam ten dom – już dawno sprywatyzowany, z plastikowymi oknami zamiast szyb z auta – zastanawiam się, czy ktokolwiek z nowych mieszkańców wie, że w tym pustym teraz pokoiku na parterze przez jedną zimę rosły pomidory w skrzynkach po wódce, a przez okno kuchenne podawano dwadzieścia talerzy zupy dziennie ludziom, których nazwisk Danuta czasem nawet nie znała.