Pracuję w rejestracji poradni okulistycznej przy ulicy Wjazdowej od jedenastu lat, więc siedzę tam, gdzie widać wszystko, co dzieje się w poczekalni, zanim pacjent w ogóle usiądzie na krześle. Tego dnia było gorąco, klimatyzacja chodziła na najwyższych obrotach, a w telewizorze nad ladą leciały bez dźwięku wiadomości sportowe. Pamiętam, bo pani z numerkiem czternastym poprosiła, żebym ściszyła jeszcze bardziej, bo migające paski z wynikami przeszkadzały jej czytać książkę.
Kobieta, która usiadła najbliżej okienka, miała może sześćdziesiąt pięć lat. Zapisana była na dziewiątą czterdzieści, na kontrolę po zaćmie, ale przyszła kwadrans wcześniej, jak zawsze przychodzą ci, którzy się boją, że się spóźnią i stracą kolejkę. Nazywała się Halina Zarembowa, wiem, bo podała mi kartę EWUŚ i dowód, a ja wpisywałam dane do systemu. Usiadła z torebką na kolanach, zapiętą na trzy zamki, i patrzyła na drzwi gabinetu numer trzy tak, jakby za nimi miało się rozstrzygnąć coś więcej niż wynik badania dna oka.
Obok niej, na krześle przy oknie, siedziała młodsza kobieta, może czterdziestoletnia, z telefonem przyciśniętym do ucha. Nie znałam jej, ale po chwili zorientowałam się, że to córka, bo Halina raz na nią spojrzała i powiedziała cicho: "Ania, może później, jesteśmy u lekarza". Córka machnęła ręką, wstała i odeszła w stronę korytarza, żeby dokończyć rozmowę. Zostało z niej tylko echo słów o jakimś mieszkaniu, o notariuszu, o terminie w przyszłym tygodniu.
Nie podsłuchiwałam specjalnie, po prostu w poczekalni akustyka jest taka, że słychać wszystko, a ludzie zapominają, że rejestratorka to też człowiek z uszami. Ania wróciła po dziesięciu minutach, usiadła obok matki i powiedziała, patrząc w telefon, nie w nią: "Mamo, podpiszesz to w środę. Notariusz ma okienko o jedenastej. Musisz być, bo inaczej stracimy termin, a Kuba już zapłacił zaliczkę deweloperowi".
Halina nic nie odpowiedziała. Wzięła z torebki chusteczkę i zaczęła przecierać szkła okularów, które miała na czubku nosa, mimo że były czyste. Robiła to długo, powoli, jakby liczyła ruchy. Ja w tym czasie wpisywałam do komputera dane kolejnego pacjenta, ale kątem oka widziałam, jak ręce tej kobiety drżą nad chusteczką.
Zapytałam później pielęgniarkę z gabinetu, panią Krystynę, czy wie coś więcej, bo Halina przychodziła do nas regularnie od lat, jeszcze zanim ja zaczęłam pracę. Krystyna powiedziała, że mieszkanie przy ulicy Wośnickiej, dwa pokoje na trzecim piętrze bez windy, to jedyne, co Halinie zostało po mężu, zmarłym jedenaście lat temu. Że syn Kuba, ten sam, o którym mówiła Ania przez telefon, chce kupić mieszkanie z żoną w nowym bloku na Gołębiowie, a zaliczkę już wpłacili, licząc na to, że matka przepisze swoje mieszkanie na nich, żeby mieli wkład własny do kredytu. Sześćdziesiąt osiem tysięcy złotych, tyle było warte to mieszkanie według wyceny, o której mówiła kiedyś sama Halina rejestratorce z poprzedniej zmiany.
Lekarz wywołał numerek, Halina weszła do gabinetu trzeciego sama, bez córki. Wyszła po dwudziestu minutach z kroplami rozszerzającymi źrenice, mrużąc oczy od światła z okna w korytarzu. Ania już na nią czekała, ale nie wstała, żeby pomóc matce dojść do ławki, tylko powiedziała, nie podnosząc głowy znad telefonu: "No i co lekarz mówi? Bo jak coś, to w środę i tak musisz jechać, taksówkę ci zamówię".
Halina usiadła obok niej i wtedy powiedziała coś, co zapamiętałam dosłownie, bo akurat nie było innych pacjentów przy okienku i słyszałam każde słowo. Powiedziała: "Aniu, ja jeszcze nie umarłam. To mieszkanie to nie jest wasz wkład własny, to jest mój dach nad głową". Córka spojrzała na nią z takim zniecierpliwieniem, jakby matka powiedziała coś oczywiście niedorzecznego, i odparła: "Mamo, no przecież będziesz mieszkać z nami, po co ci ten stary blok bez windy, ty ledwo widzisz, jak wejdziesz na trzecie piętro". Halina nic na to nie odpowiedziała, wstała, zapięła torebkę na trzy zamki i wyszła, mrużąc oczy w słońcu za drzwiami przychodni.
Nie widziałam jej przez dwa tygodnie. Wróciła na kontrolę pooperacyjną w środę, dokładnie w tę środę, o której mówiła Ania przez telefon. Przyszła sama, bez córki, w innej bluzce, jaśniejszej, i z inną torebką, mniejszą, nowszą. Usiadła na tym samym krześle co poprzednio i czekała spokojnie, wertując gazetę, którą ktoś zostawił na stoliku.
Kiedy wywołałam ją do okienka, żeby dopisać coś do karty, zapytałam mimochodem, bo trochę się zaprzyjaźniłyśmy przez te lata, czy wszystko u niej w porządku, bo wygląda inaczej. Uśmiechnęła się, tak naprawdę pierwszy raz, odkąd ją znałam w takim kontekście, i powiedziała, że rano była u notariusza, ale nie na tym spotkaniu, na które umówiła ją córka.
Opowiedziała mi to w kilku zdaniach, między jednym numerkiem a drugim. Że we wtorek zadzwoniła do syna i powiedziała mu wprost, że mieszkania nie przepisze, bo to jedyne, co ma, i że jeśli chce kupić mieszkanie na Gołębiowie, to niech bierze kredyt na własne nazwisko, tak jak wszyscy biorą. Że syn się wściekł, powiedział, że zaliczka przepadnie, że to ona ich naraża na stratę siedemnastu tysięcy złotych, bo tyle wynosiła zaliczka u dewelopera. Że powiedziała mu wtedy, że nie jest bankiem i nie musi tłumaczyć się z tego, co robi z własnym mieszkaniem po jedenastu latach wdowieństwa.
A rano, zamiast jechać do notariusza z córką, pojechała sama, do innego biura, tego przy placu Konstytucji, i spisała testament, w którym mieszkanie przy Wośnickiej zostawiła wnuczce, córce swojej drugiej córki z Kielc, dziewczynie, która akurat zaczyna studia i będzie potrzebowała gdzie mieszkać. Pokazała mi kopertę z dokumentem, złożoną we czworo, którą trzymała w tej samej przegródce torebki, gdzie wcześniej nosiła chusteczkę do okularów.
Zapytałam, czy Ania już wie. Powiedziała, że zadzwoni do niej po wizycie, jak wyjdzie z przychodni, bo nie chciała, żeby rozmowa zepsuła jej dzień przed badaniem. Wywołano jej numerek, wstała, poprawiła pasek torebki na ramieniu i poszła w stronę gabinetu trzeciego, tym razem prosto, bez mrużenia oczu, bo światło w korytarzu akurat nie padało z tej strony, z której padało poprzednio.