Nazywam się Basia Ogrodnik, mam pięćdziesiąt cztery lata i od jedenastu lat prowadzę lombard przy ulicy Kilińskiego w Radomiu, dwie przecznice od dworca. Piszę o pani Zofii, bo to, co się u nas wydarzyło we wtorek, nie daje mi spokoju do dziś, choć minął już tydzień.
Interesu nie prowadzę dla przyjemności, prowadzę go, bo trzeba z czegoś żyć, a klientów mam wszelakich. Przychodzą po pieniądze na czynsz, na leki, czasem na wódkę, choć tego staram się nie widzieć. Zofię zapamiętałam, bo przychodziła zawsze o tej samej porze, kwadrans po otwarciu, kiedy jeszcze pachnie świeżo umytą podłogą i kawą z termosu, którą sobie parzę na zapleczu. Drobna kobieta, chyba po siedemdziesiątce, w tym samym niebieskim płaszczu co zawsze, choć na dworze było już ciepło jak na kwiecień.
Tamtego wtorku przyniosła kopertę. Nie złoto, nie pierścionek — kopertę z dokumentami i pęk kluczy. Położyła to na ladzie i powiedziała, że chce wykupić skrytkę, którą u mnie trzyma od trzech lat. Zapłaciła gotówką, odliczając banknoty powoli, jakby liczyła je nie pierwszy raz tego dnia. Sto osiemdziesiąt złotych zaległości. Miałam akurat klienta przede mną, więc słyszałam mimochodem, jak mówiła do siebie, że to już ostatni raz, że dłużej nie musi.
Nie mój interes, co ludzie chowają. Ale jak otworzyłam jej skrytkę, żeby wydać zawartość, zobaczyłam w środku akt notarialny i stary zeszyt w kratkę, taki szkolny, pożółkły. Zofia wzięła to wszystko do reklamówki z Biedronki i usiadła na chwilę na krześle przy wejściu, bo nogi jej się plątały. Zapytałam, czy podać wody. Kiwnęła głową, wypiła duszkiem, jakby od rana nic nie piła.
Wtedy zaczęła mówić, właściwie do mnie, choć chyba bardziej do siebie. Że mieszkanie po mężu, czterdzieści dwa metry na Gołębiowie, przepisała trzy lata temu na córkę, Martę, bo ta obiecała, że zamieszka z nią i będzie się nią opiekować na starość. Że syn Marty, wnuk Zofii, miał dwadzieścia sześć lat i pracował w warsztacie samochodowym ojca swojej dziewczyny, i to on najpierw zaczął mówić, że babcia zajmuje za duży pokój jak na jedną osobę. Potem przestali stawiać dla niej talerz przy niedzielnym obiedzie, bez słowa, po prostu jednego dnia nakrycia było o jedno mniej. A trzy tygodnie temu Marta powiedziała jej wprost, że umawiają się z deweloperem, że mieszkanie idzie do remontu pod wynajem, i że dla mamy — bo tak się teraz do niej zwracała, "mamo", nie "mamusiu" jak kiedyś — znalazło się miejsce w domu opieki w Pionkach, czterdzieści kilometrów od miasta, gdzie mieszkały wszystkie jej koleżanki, gdzie był jej kościół i grób męża na cmentarzu przy ulicy Limanowskiego.
Zofia miała jednak coś, o czym Marta zapomniała. W tym starym zeszycie, który trzymała u mnie w skrytce, było jej rozliczenie: przez jedenaście lat spłacała za córkę kredyt gotówkowy, który Marta zaciągnęła na otwarcie salonu fryzjerskiego, a potem nie mogła spłacać, bo mąż ją zostawił z długami. Osiemdziesiąt sześć tysięcy złotych, zapisane ołówkiem, rok po roku, rata po racie, aż do zera dwa lata temu. Zofia nigdy nie powiedziała córce, że ma to na piśmie — umowę pożyczki między nimi, sporządzoną u notariusza, bo tak jej doradził wtedy prawnik z poradni dla seniorów przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Marta podpisała, myśląc pewnie, że to zwykła formalność, że matka nigdy się na to nie powoła.
W kopercie, którą Zofia przyniosła do mojego lombardu, był właśnie ten akt notarialny — potwierdzenie darowizny mieszkania na córkę, ale z zapisem dożywotniej służebności mieszkania dla Zofii w jednym konkretnym pokoju, tym z oknem na wschód, gdzie stało jej łóżko i szafa po mężu. Trzymała ten dokument u mnie, bo, jak powiedziała, "w domu wszystko się gdzieś zapodzieje, a tu przynajmniej jest zamek i pani ma klucz zapasowy w sejfie".
Zapytałam wtedy, dlaczego akurat teraz przyszła po to wszystko, skoro miała jeszcze czas do końca miesiąca na spłatę zaległości. Powiedziała, że nazajutrz przyjeżdża po nią syn Marty, żeby "pomóc się spakować do Pionek", i że ona najpierw pojedzie do notariusza przy placu Corazziego, zanim ktokolwiek ją gdziekolwiek zawiezie.
Nie widziałam, co było dalej, bo to już nie działo się u mnie. Ale w piątek Zofia wróciła do lombardu — nie po nic, tylko żeby oddać mi kawałek ciasta drożdżowego w folii, bo, jak powiedziała, "u pani zawsze miło, a ludzie o tym zapominają". Opowiedziała krótko, stojąc przy ladzie, nie siadając już na krześle.
Poszła w środę do notariusza z tym aktem i zeszytem. Okazało się, że zapis o służebności mieszkania nie tylko dawał jej dożywotnie prawo do pokoju, ale — bo tak było sformułowane przez tamtego prawnika z poradni — Marta bez zgody matki nie mogła obciążyć ani wynająć całego lokalu osobom trzecim, dopóki matka w nim mieszka i się temu sprzeciwia. Notariusz sporządził jej pisemne oświadczenie, że nie wyraża zgody na żaden wynajem czy remont pod najem, dopóki żyje i chce w tym pokoju mieszkać. Zofia wysłała to oświadczenie listem poleconym na adres Marty, a kopię zostawiła u siebie, w tej samej reklamówce z Biedronki, którą teraz nosiła wszędzie ze sobą jak dokumenty.
W sobotę, dzień po tym jak mi to opowiedziała, wnuk przyjechał tym swoim srebrnym passatem, żeby ją zabrać do Pionek, tak jak było ustalone. Zofia stała już w drzwiach z jedną małą walizką — nie tą dużą, którą jej spakowali, tylko swoją, ze szczoteczką do zębów i lekami na serce — i powiedziała mu, że nigdzie nie jedzie, bo to wciąż jej pokój, i pokazała kopię potwierdzenia nadania listu poleconego. Chłopak zadzwonił do matki z klatki schodowej, bo zasięg w mieszkaniu był słaby, i Zofia słyszała przez uchylone drzwi, jak mówi do niej podniesionym głosem, że "babcia ma jakieś papiery i nie chce jechać".
Marta przyjechała po południu tego samego dnia. Nie krzyczała, przynajmniej z tego, co Zofia mi opowiedziała — usiadła przy stole w kuchni i powiedziała, że to jakieś nieporozumienie, że przecież to był tylko pomysł, żeby mama miała towarzystwo rówieśniczek. Zofia postawiła przed nią na stole ten zeszyt w kratkę, otworzyła na ostatniej stronie, gdzie było wypisane słowo "spłacone" i data sprzed dwóch lat, i powiedziała tylko, że skoro remont i najemcy są ważniejsi niż miejsce dla matki przy oknie, to niech Marta znajdzie pieniądze na remont gdzie indziej, bo ośmdziesiąt sześć tysięcy złotych już raz na to poszło.
Zofia zostaje w tym mieszkaniu na Gołębiowie do dziś, tyle że teraz wieczorami zamyka drzwi swojego pokoju na klucz, który dorobiła sobie w zakładzie ślusarskim przy tej samej ulicy co mój lombard. Nie wiem, czy Marta jeszcze próbowała coś zmienić — Zofia od tamtej soboty do mnie nie wróciła. Klucz zapasowy do skrytki, tej już pustej, wciąż leży u mnie w sejfie, bo zapomniała go zabrać, a ja nie mam jak jej oddać, bo nie znam nawet jej nazwiska panieńskiego, tylko imię i to, że pachniała zawsze tym samym mydłem, landrynkowym, różowym.