Rachunek za trzy imieniny

Prowadzę kwiaciarnię przy Placu Wolności w Bielsku-Białej od dziewiętnastu lat. Sklep mały, dwadzieścia metrów, ale okno wystawowe duże i ludzie widzą mnie, kiedy przechodzą na przystanek. Znam większość klientów z widzenia, niektórych z imienia. Panią Danutę znałam z imienia.

Przychodziła co miesiąc, zawsze w czwartek, zawsze po zaliczkę emerytalną z poczty obok. Brała trzy goździki albo pęczek frezji, nigdy więcej niż piętnaście złotych. Mówiła, że to na grób męża, ale ja widziałam po adresie na kwicie z poczty, że mieszka przy tej samej ulicy co jej syn — dwie klatki dalej.

W maju zamówiła coś innego. Duży bukiet, gerbery i eustoma, wstążka, bilecik. Osiemdziesiąt dwa złote. Zapłaciła kartą, co zdarzało jej się rzadko, zwykle liczyła monety z portfela na rzep.

— Dla wnuczki — powiedziała. — Ma urodziny. Dwadzieścia pięć lat.

Zapytałam, czy ma przyjść odebrać osobiście, czy mam zapisać na dostawę. Powiedziała, że sama zaniesie, bo to niedaleko, na tej samej ulicy właśnie, syn tam mieszka z rodziną.

Bukiet stał u mnie w chłodni jeszcze dwie godziny, bo pani Danuta zapomniała portfela z biletem na tramwaj i musiała wrócić do domu. Kiedy przyszła po niego drugi raz, miała na sobie inny sweter — jaśniejszy, taki wyjściowy, w niebieską kratkę. Uczesała się.

Wróciła po czterdziestu minutach. Bukiet niosła jak wcześniej, tyle że teraz przyciśnięty do siebie, nie w wyciągniętej ręce. Usiadła na krześle przy kasie, tym samym, na którym siadają klienci czekający na resztę.

— Nie było jej w domu — powiedziała.

Zapytałam, czy zostawiła kwiaty u sąsiadów albo w skrzynce.

— Syn otworzył. Powiedział, że akurat mają gości, że przyjdzie umówić się na inny dzień. Nie wpuścił mnie za próg.

Nie płakała. Siedziała z bukietem na kolanach i patrzyła w witrynę, na tramwaj numer 3, który akurat zajeżdżał na przystanek. Zapytałam, czy chce herbaty, mam czajnik na zapleczu. Pokręciła głową.

— Wnuczka ma dwadzieścia pięć lat i ja jej ostatni raz kupowałam sukienkę do komunii — powiedziała, jakby to tłumaczyło coś więcej niż samą sukienkę.

Zostawiła bukiet u mnie. Powiedziała, że nie chce go nieść z powrotem, że szkoda kwiatów, żeby więdły w jej korytarzu, gdzie i tak nikt nie patrzy. Zaproponowała, żebym sprzedała go komuś innemu, odda mi pieniądze za wazon, jeśli trzeba. Powiedziałam, że wazon zostaje, i że kwiaty sama komuś podaruję.

Zamówienie odebrała trzy dni później moja stała klientka, pani z osiedla po drugiej stronie ronda, która akurat wpadła po różę na grób matki. Dałam jej gerbery za darmo, powiedziałam, że to resztki z targu, które trzeba oddać, zanim zwiędną. Nie wspomniałam nic więcej.

Pani Danuty nie widziałam potem przez dwa miesiące. Poczta obok zamknęła filię, przenieśli okienko na ulicę Piastowską, dalej od placu. Pomyślałam, że dlatego przestała wpadać.

Wróciła we wrześniu, w czwartek, jak zawsze. Miała przy sobie teczkę z dokumentami, taką z gumką na rogu, wystawała z niej koperta z pieczątką notariusza. Kupiła trzy goździki, tak jak przez lata, zapłaciła monetami z portfela na rzep.

— Byłam u notariusza — powiedziała, chociaż nie pytałam. — Mieszkanie zapisałam fundacji hospicyjnej. Tej przy szpitalu na Wyzwolenia, gdzie leżał mąż.

Zapytałam, czy syn wie.

— Jeszcze nie. Dowie się, jak przyjdzie z prawnikiem sprawdzać, dlaczego nie ma go w spadku.

Zawinęłam goździki w szary papier, tak jak zawsze dla niej, bez wstążki, bo nie lubiła wstążek do zwykłego bukietu na grób. Zapłaciła, policzyła resztę na dłoni, schowała do portfela.

— Wnuczka dzwoniła w zeszłym tygodniu — dodała już przy drzwiach. — Chciała wiedzieć, czy zostawiłam coś dla niej w testamencie.

Nie zapytałam, co odpowiedziała. Ale kiedy wychodziła, teczka z kopertą notarialną leżała u niej pod pachą, zamknięta na gumkę, i szła z nią pewnie, tak jak nie szła tamtego dnia z bukietem, kiedy wracała spod bramy syna z kwiatami przyciśniętymi do piersi.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 + seven =