# Spojrzenie kolekcjonerki

Trzydzieści dwa lata prowadzę antykwariat na Piotrkowskiej, w Łodzi, i widziałam już wszystko — od porcelanowych pasterek z odłamanym palcem po całe prywatne kolekcje, które rozprzedaje się kawałek po kawałku po rozwodzie. Ale tę parę, Marka i Beatę Wiśniewskich, zapamiętałam szczególnie. On robił makiety architektoniczne — całe kwartały Łodzi mieściły mu się na stole, każde okienko z folii acetatowej wielkości paznokcia. Ona malowała lalki kolekcjonerskie: porcelanowe twarze, szklane oczy, peruki z moheru, które sprowadzała gdzieś z Niemiec. W mojej lawce pojawiali się raz na dwa, trzy miesiące — szukali specjalnej farby, rzadkiego lakieru, starego okucia. Przychodzili zawsze razem, zawsze cicho, jakby bali się rozlać coś kruchego nawet słowami.

W ten czwartek Marek przyszedł sam. Było około siódmej wieczorem, właśnie zamykałam sklep, za oknem padał deszcz zmieszany z wiatrem — typowy łódzki listopad, kiedy powietrze pachnie mokrym asfaltem i pieczonymi kasztanami ze straganu na rogu. Szukał specjalnego kleju do miniatur — takiego, co nie zostawia zacieków. Ręce mu drżały, kiedy płacił, i pomyślałam sobie: to nie o pieniądze chodzi, coś innego mu leży na sercu.

— Wszystko u pana w porządku, panie Marku? — zapytałam, zawijając saszetkę.

Spojrzał na mnie, jakby pytanie zaskoczyło go w środku zupełnie innej rozmowy.

— Siostra się do nas przeprowadziła — powiedział po prostu. — Trzy miesiące temu. Mówiła, że na tydzień.

Nie pytałam dalej — nie moja sprawa, zmiana się kończyła, córka czekała w domu z kolacją. Ale przez kolejne tygodnie przychodził częściej niż zwykle, i obraz układał się sam, z okruchów.

Siostra nazywała się Ania. Młodsza od niego o dwanaście lat, późne dziecko w rodzinie, którą rodzice, jak mówił, „starszego niedokochali, a młodszą przekochali". Wynajęła swoje mieszkanie na Retkini na rok, pieniądze z czynszu wydała na długi — za futro kupione na raty jeszcze zimą, i na coś jeszcze, o czym Marek wolał nie mówić wprost. Przeprowadziła się do brata z dwiema walizkami i została.

Pewnego razu przyszedł wyjątkowo późno, akurat gasiłam witrynę. Kupił nie klej — pytał o radę, gdzie tanio naprawić makietę: ktoś, jak powiedział, zalał wodą deszczową kartonowy model osiedla w Konstantynowie Łódzkim, nad którym pracował trzy tygodnie dla klienta. Głos miał spokojny, ale ręce, przebierające drobne plastikowe okienka na ladzie, zdradzały więcej niż słowa.

— Kto zalał? — zapytałam, choć już się domyślałam.

— Siostra postawiła parasol. Bez patrzenia.

Powiedział to bez złości — ze zmęczeniem, z jakim mówi się o czymś, co zdarzało się już wiele razy i było skazane na powtórkę.

Beata w tamtych tygodniach zaglądała rzadziej, a kiedy już przychodziła — bez makijażu, choć wcześniej zawsze była pomalowana starannie, po kobiecemu skromnie: trochę tuszu, jasna szminka. Raz szukała u mnie starego flakonika — z tych, które kolekcjonerzy trzymają dziesięciolecia — i wspomniała mimochodem, że jej własne kosmetyki „ktoś bez pytania bierze i nie zakręca, i tak wszystko wysycha". Powiedziała to od niechcenia, oglądając witrynę, jakby mówiła o pogodzie.

A potem, na początku grudnia — akurat wystawiałam nową partię antycznych ramek — Marek wszedł z teczką pod pachą. Cienką, biurową, z tych, co sprzedają w każdym Biurwie za dwadzieścia złotych. Nic nie kupił tego dnia. Powiedział tylko, że jedzie do notariusza — załatwić umowę najmu pokoju dla siostry, w innej dzielnicy, na jej nazwisko, opłaconą na pół roku z góry z własnych oszczędności: sześć tysięcy złotych, które odkładał na nowy skalpel do makiet i na urlop z Beatą na Mazurach.

— Dalej sama — powiedział, i w głosie nie było urazy, tylko jakaś nowa twardość, jakiej wcześniej u niego nie słyszałam. — Nie jestem bankiem ani hotelem. Jestem bratem. To wystarczy.

Zapytałam — a jak siostra to przyjęła?

Uśmiechnął się krótko, bez wesołości.

— Krzyczała, że mama by tego nie pochwaliła. Że zdradzam rodzinę.

— A pan?

— A ja podałem jej klucze do nowego mieszkania i wezwałem taksówkę. Skoro umie tak szybko pakować walizki — to spakuje się i tym razem.

Więcej o siostrze ze mną nie rozmawiał. Zaglądał jeszcze kilka razy — po farbę, po lakier do nowej lalki, którą Beata robiła na zamówienie dla muzeum w Kazimierzu Dolnym. Raz widziałam ich razem w kawiarni po drugiej stronie ulicy: ona się śmiała, pomalowane rzęsy, w ręku filiżanka espresso, on kreślił coś ołówkiem na serwetce, pokazywał jej. Zwyczajna para, wróciwszy do swojej zwyczajnej ciszy.

Nie ratowałam ich ani nie dawałam rad — po prostu sprzedawałam klej i słuchałam, jak sprzedawcy słuchają połowy cudzych żyć przy okazji. Ale tę teczkę pod pachą, listopadowy deszcz za oknem i klucze, które tamtego wieczoru trzymał w pogotowiu jeszcze zanim wezwał taksówkę — to zapamiętałam na długo.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 3 =