Za oknem deszcz stukał w parapet, a Marta trzeci raz sprawdzała listę uczniów na jutro — korepetycje z angielskiego były jej życiem od sześciu lat. Kuchnia, którą dzieliła z Mariuszem, w Bydgoszczy, na drugim piętrze bloku z wielkiej płyty, pachniała kawą i mokrym asfaltem znad uchylonego okna.
— Zrozum wreszcie — powiedział Mariusz, nie odwracając się od okna — moja siostra ma dwoje dzieci, przedszkole, pracę. Będziesz ją wozić rano z domu, a wieczorem z pracy.
Marta postawiła kubek na stole tak, że łyżeczka zadźwięczała o spodek.
— Powtórz, proszę. Co powiedziałeś?
— Słyszałaś. Ola potrzebuje pomocy. To moja siostra, a ty moja żona. To twój obowiązek.
Po siedmiu latach małżeństwa przywykła, że Mariusz mówi do niej jak do podwładnej. Ale to było coś nowego.
— Mariusz, ona mieszka na Fordonie, my na Wyżynach. Żeby odebrać ją o siódmej, musiałabym wyjeżdżać o szóstej. Ja mam swoje zajęcia!
— No to je przełożysz. Masz przecież elastyczny grafik, korepetycje to nie fabryka. A Ola pracuje w banku, tam rygor co do czasu.
— Elastyczny grafik? — omal się nie roześmiała ze złości. — Mam dwudziestu trzech uczniów, plan rozpisany na miesiąc do przodu, umówioną z dziekanatem grupę maturalną!
— No to świetnie, przełożysz na wieczór. Albo odmówisz paru osobom, pomyśl, angielski. Ola ma poważną sprawę — finanse.
Marta usiadła na taborecie, próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje.
— A czemu ona sama nie może dojechać? Ma przecież prawo jazdy.
— Samochód się zepsuł. Naprawa droga, a ona ma kredyt hipoteczny i dwoje dzieci. Sama, rozumiesz, jak jej ciężko.
— Sama? A gdzie Tomasz?
— Rozwiedli się trzy miesiące temu. Dzieci zostawił jej, sam wyjechał do Wrocławia.
Coś się nie zgadzało. Jeszcze w zeszłą sobotę Marta widziała Olę z Tomaszem w Biedronce przy Gdańskiej — wybierali telewizor, długo się kłócili o przekątną i śmiali się, aż sprzedawca czekał z boku.
— Mariusz, przecież widziałam ich razem parę dni temu, w sklepie, wybierali telewizor…
— DOŚĆ! Zawsze szukasz pretekstu, żeby odmówić mojej rodzinie! Egoistka! Ola ma rację — nigdy nas nie akceptowałaś, zawsze patrzyłaś z góry!
— To ja patrzę z góry? — Marta wstała. — To ja, kiedy twoja matka przy każdej okazji mówi, że nie jestem cię warta? Kiedy twój brat Krzysztof pożycza od nas pieniądze i nie oddaje? Kiedy ta sama Ola uczy mnie, jak gotować rosół i jak się ubierać?
— Oni po prostu się o mnie martwią! A ty zamiast być wdzięczna, że w ogóle zostałaś przyjęta do rodziny, udajesz obrażoną!
Wewnątrz podniosła się fala, gorąca, aż trudno było oddychać.
— Przyjęta?! Twoja rodzina od pierwszego dnia daje mi do zrozumienia, że jestem tu obca. Na weselu, w restauracji przy Focha, twoja matka powiedziała przy wszystkich gościach, że mogłeś znaleźć kogoś lepszego.
— Nie waż się tak mówić o matce!
— A ty nie waż się wymagać, żebym była darmowym kierowcą dla twojej siostry. Mam swoją pracę, swoje plany!
Mariusz podszedł tuż do niej, a Marta mimowolnie się cofnęła, oparła plecami o kuchenną szafkę.
— Plany? — wycedził. — Jakie ty masz plany? Jesteś moją żoną. Twój plan to dbać o moją rodzinę. Kropka. Jutro o siódmej masz być u Oli. Adres znasz.
— Nie — powiedziała twardo. — Nie będę.
Jego twarz się wykrzywiła. Chwycił ze stołu jej telefon i rzucił nim o ścianę — obudowa pękła, bateria wypadła pod lodówkę, gdzie od tygodnia leżała zgubiona zatyczka od markera.
— Będziesz! Albo pakuj rzeczy i wynoś się z mojego mieszkania!
Marta stała, patrząc na kawałki telefonu na podłodze, i myślała nie o rękoczynach, nie o poniżeniu — tylko o tym, że mieszkanie jest zapisane na oboje, i że klucze do niego nosi w torebce razem z teczką dokumentów, którą trzy miesiące temu przygotowała "na wszelki wypadek", kiedy jeszcze sama bała się przyznać przed sobą, po co.
— Mieszkanie — powiedziała powoli — jest na współwłasność. Połowa jest moja. Nigdzie nie idę.
— To ja pójdę. Ty… — urwał, jakby usłyszał własne słowa z zewnątrz i sam się nimi zdziwił.
— Idź — odpowiedziała. — A jutro sama zadzwonię do Oli. Zaraz teraz.
Podniosła z podłogi to, co zostało z telefonu, wsunęła baterię — jakoś się włączył, popękany ekran zamigotał. Wybrała numer szwagierki przy mężu.
— Ola, dobry wieczór. Tu Marta. Powiedz mi, proszę, kiedy dokładnie rozstałaś się z Tomaszem? Bo w sobotę w Biedronce przy Gdańskiej wybieraliście razem telewizor i śmialiście się tak, że cały dział AGD się na was oglądał.
W słuchawce zapadła cisza, potem szybkie sygnały — Ola rozłączyła się.
— Widzisz — powiedziała Marta, kładąc telefon na stole ekranem do dołu. — Żadnego rozwodu nie było i nie ma. Wymyśliłeś to, żeby przerzucić na mnie swoją siostrę jak taksówkę. A teraz posłuchaj mnie uważnie, ostatni raz.
Mariusz milczał, przyparty plecami do lodówki — teraz to on się cofał.
— Jutro rano jadę do notariusza przy Gdańskiej. Mamy wspólną własność i chcę ją podzielić oficjalnie, na papierze, zanim znów zaczniesz decydować za mnie, komu mam służyć jako kierowca. I drugi telefon — do prawniczki, Anny Wieczorek, jej numer zapisałam jeszcze wiosną, kiedy twoja matka pierwszy raz powiedziała przy gościach, że nie jestem cię warta. Wtedy pomyślałam — przełknę. Więcej nie przełykam.
— Poważnie, przez telefon do siostry… przez samochód…
— Nie przez samochód. Przez siedem lat, w których uważałam twoją obojętność za charakter, a okazało się — to nawyk decydowania za mnie o wszystkim, łącznie z moim czasem i moim ciałem za kierownicą o szóstej rano.
Spróbował coś powiedzieć, uniósł rękę — Marta się nie cofnęła, tylko popatrzyła tak, że ręka opadła sama.
— I jeszcze jedno — dodała, zbierając z podłogi kawałki obudowy telefonu do garści. — Moją grupę maturalną dziekanat chwali już drugi rok, przynosi cztery tysiące złotych miesięcznie. To moja część domowego budżetu od trzech lat, podczas gdy ty uważałeś, że "korepetycje to nie fabryka". Od jutra te pieniądze idą na osobne konto. Twoje, nie nasze.
Ranek nastał mglisty, z tym charakterystycznym wilgotnym zapachem, jaki bywa w Bydgoszczy pod koniec sierpnia, kiedy Brda jest jeszcze ciepła, a powietrze już chłodne. Marta siedziała w poczekalni notariusza przy Gdańskiej z teczką dokumentów na kolanach — akt własności, wypis z księgi wieczystej, zaświadczenie. O dziewiątej zero zero zaproszono ją do gabinetu.
Dwa tygodnie później Mariusz zadzwonił i powiedział, że jest gotowy podpisać umowę o podziale majątku. Swoją połowę mieszkania sprzedał bratu Krzysztofowi — tym samym długiem, którego Krzysztof latami nie oddawał, teraz rozliczył się właśnie tą kwotą.
Ola już nie zadzwoniła — ani tego wieczoru, ani później. Rok później Marta przypadkiem dowiedziała się od wspólnej znajomej, że Ola i Tomasz wcale się nie rozstali. Przeprowadzili się do nowego domu na Osowej Górze, a ten sam telewizor, wybrany tamtego dnia w Biedronce, stał teraz w ich nowym salonie — wielki, na całą ścianę, dokładnie taki, o jaki się wtedy kłócili przy witrynie.