Rachunek za trzy krzesła

Nazywam się Bożena Kwiatek i od dwudziestu dwóch lat prowadzę kwiaciarnię przy ulicy Kościuszki w Radomiu, dwie przecznice od cmentarza rzymskokatolickiego. Klientów poznaję po tym, po co przychodzą. Jedni kupują różę dla żony w rocznicę, inni chryzantemy na Wszystkich Świętych, a jeszcze inni przychodzą po wieniec i nie mówią ani słowa, tylko wskazują palcem na najtańszy.

Pana Edwarda Sobczyka znałam z widzenia od lat — kupował u mnie goździki na imieniny wnuczki, zawsze te same, czerwone, dziesięć sztuk. Emerytowany elektryk, wdowiec, mieszkał sam w bloku przy Wośnickiej. Jego córkę, Martę, widziałam może cztery razy w życiu, zawsze z daleka, bo odbierała go samochodem spod sklepu. Rudowłosa, głośna, śmiała się na cały chodnik. Ostatni raz przyjechała po niego jakieś trzy tygodnie temu, we wtorek, pamiętam bo akurat dowieźli mi hortensje i ciężarówka blokowała jej miejsce parkingowe, więc się z kierowcą pokłóciła — niezła awantura, sąsiedzi z okien wychylali głowy.

We wtorek wieczorem, siedemnastego września, pan Edward wszedł do mnie tuż przed zamknięciem. Osiemnasta dwadzieścia, pamiętam bo już zdejmowałam markizę. Nie kupował goździków. Stanął przy ladzie z chusteczką w ręku, ale nie płakał — obracał tę chusteczkę w palcach, jakby to była jakaś zabawka, którą musi rozłożyć na części.

— Bożenko — powiedział, choć nigdy wcześniej nie zwracał się do mnie po imieniu — moja Marta się zabiła. Wczoraj. Na oczach ludzi, w internecie.

Powiedział to tak, jakby mówił o pogodzie, ale ręce mu się trzęsły tak, że nie mógł otworzyć portfela, gdy chciał mi zapłacić za wodę, którą po niego przyniosłam z zaplecza. Usiadł na taborecie, który trzymam dla starszych klientów, i przez dobre dziesięć minut nie powiedział nic więcej, tylko patrzył na wiadro z liliami, jakby liczył płatki.

Z tego, co potem powiedział — a mówił urywkami, wracając kilka razy tego samego wieczoru, bo nie miał dokąd pójść — Marta miała trzydzieści dziewięć lat, pracowała kiedyś jako fryzjerka, potem w call center, ostatnio nigdzie. Rozwiodła się dwa lata temu, syn został z ojcem w Kielcach, widywała go co drugi weekend. W poniedziałek wieczorem założyła transmisję na żywo na Facebooku, mówiła do kamery jakieś dwadzieścia minut, a potem zrobiła to, co zrobiła, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Nagranie widziało, zanim je usunięto, kilkaset osób. Ktoś zrobił zrzut ekranu i wysłał do brata Marty, Tomasza, bo myślał, że to trzeba mu pokazać. Tomasz zadzwonił do ojca o drugiej w nocy.

Pan Edward przychodził do mnie jeszcze cztery razy w ciągu tego tygodnia. Nie po kwiaty — po ciszę, jak sądzę, bo mój sklep jest mały i nikt tam nie każe mu się tłumaczyć. Raz przyniósł ze sobą zdjęcie, stare, z lat dziewięćdziesiątych: Marta w różowej sukience na jakimś weselu, ze splecionymi rękami wokół szyi jakiegoś chłopaka, śmiejąca się z odsłoniętymi zębami tak, że widać było brakujący ząb z boku. Powiedział, że taka właśnie była, zanim „to wszystko się zaczęło" — nie sprecyzował co, a ja nie pytałam.

Pogrzeb odbył się w piątek na cmentarzu przy Limanowskiego. Zamknęłam sklep na dwie godziny, co u mnie się nie zdarza nawet na święta, bo klienci przychodzą też w żałobie i nie chciałam, żeby ktoś stał przed zamkniętymi drzwiami z pustymi rękami. Poszłam, bo pan Edward poprosił, żebym przyniosła kwiaty — nie wieniec, powiedział, tylko bukiet, jaki Marta by wybrała sama. Zrobiłam z żółtych tulipanów, bo w rozmowach wspominał, że lubiła jaskrawe kolory, że w domu miała ściany pomalowane na pomarańczowo, co sąsiedzi uważali za dziwactwo.

Na cmentarzu stałam z boku, przy grupie sąsiadek, które przyszły z ciekawości bardziej niż z żalu — słyszałam, jak jedna szepnęła drugiej, że przecież to grzech, samobójstwo, i że ksiądz chyba nie powinien był się zgodzić na mszę. Druga jej odpowiedziała, że milczeć, bo matka słyszy. Matka Marty, pani Grażyna, stała przy trumnie w czarnym płaszczu za dużym o dwa rozmiary — pożyczonym, jak się później okazało, bo swojego nie miała gotowego na tak nagłą okazję. Nie płakała w sposób, który dałoby się nazwać płaczem. Trzymała w dłoni różaniec i przesuwała paciorki bez przerwy, nawet podczas przemowy księdza, jakby to były jedyne przedmioty na świecie, które wciąż reagowały na dotyk tak, jak powinny.

Tomasz, brat Marty, stał osobno, przy samym grobie, i to on jako jedyny się załamał — nie przy trumnie, tylko już po, kiedy grabarze zaczęli zasypywać dół. Upadł na kolana w błoto, w garniturze, który pewnie kupił na tę okazję, bo miał metkę odciętą tak niedbale, że z tyłu marynarki zostawił kawałek nitki. Nikt go nie podniósł od razu. Stali wszyscy przez chwilę, patrząc, jakby nikt nie wiedział, czy dotknięcie go czegoś nie zepsuje.

Ja się nie wtrącałam. Postawiłam bukiet przy nagrobku, tam gdzie już leżały wieńce z napisami „Kochanej córce" i „Siostrze", i odeszłam do samochodu po dodatkowe wiadro wody, bo we wrześniu kwiaty na cmentarzu więdną szybko, a nikt o tym nie pomyślał.

Skończyłam pracę tego dnia po ósmej wieczorem — musiałam nadgonić dwa zamówienia na następny dzień, wesele w Wolanowie, sto dwadzieścia gerber. Zamykając kratę, zobaczyłam pana Edwarda po drugiej stronie ulicy, idącego w stronę przystanku, sam, w tym samym garniturze co na pogrzebie, bo nie zdążył się przebrać albo nie chciało mu się wracać do pustego mieszkania, żeby to zrobić.

Trzy tygodnie później, w środę, przyszedł do mnie znowu. Tym razem nie usiadł na taborecie. Poprosił o pęk goździków, czerwonych, dziesięć sztuk — ale nie na imieniny wnuczki, bo powiedział, że to za wcześnie na te imieniny o dwa miesiące. Zapytałam, dla kogo więc.

— Dla siebie — powiedział. — Postawię je w domu, w tym samym wiadrze co zawsze stawiałem kwiaty dla Marty, jak przyjeżdżała. Nie chcę, żeby to wiadro stało puste.

Zapłacił, policzył resztę dwa razy, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił, i wyszedł. Widziałam przez witrynę, jak przystaje na chodniku, przekłada goździki z jednej ręki do drugiej, i idzie dalej, w stronę przystanku, powoli, jakby liczył kroki do domu, żeby nie musieć liczyć niczego innego.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

one × 4 =