W sali notarialnej pachniało starym papierem i kadzidłem, które wciąż trzymało się ubrań po kościele. Notariusz, pan Mieczysław, rozłożył przed nami plik dokumentów i chrząknął, jakby sam nie mógł w to uwierzyć. Siedziałem w sztywnym krześle między żoną Anną a córką Kasią i patrzyłem na pana Mieczysława, który właśnie ogłosił, że matka zapisała mi dom na ulicy Piotrkowskiej.
Odetchnąłem głośniej, niż chciałem. To był ratunek. Ostatnie lata zjadły mnie żywcem — firma transportowa, którą przejąłem po ojcu, ledwo zipała, długi rosły jak śnieg na balkonie. Dwa kredyty we frankach, leasing na Skodę Octavię, a w portfelu bilety MPK po 5 złotych 80 groszy, bo auto od tygodnia miała odebrać windykacja.
— Dom przechodzi na pana Andrzeja Zielińskiego — powtórzył notariusz i poprawił okulary. — Rachunki inwestycyjne na panią Annę. Biżuteria na Martę.
Kasia siedziała obok, bawiła się krawędzią torebki. Nie patrzyłem na nią, jakoś nie mogłem. Wiedziałem, że poświęciła pół roku. Wiedziałem, że matka ją wzywała, a mnie nie. Ale co miałem zrobić? Matka nigdy nie chciała widzieć mnie przy śmierci. Ostatnim razem, gdy przyszedłem do szpitala, pielęgniarka powiedziała, że pacjentka prosi, żebym nie wchodził. Stało się to w lutym, pamiętam, bo na korytarzu wiało od okna, a w radiu leciał koncert życzeń. Zadzwoniłem do Kasi, że nie dam rady przyjechać. Nie wytłumaczyłem dlaczego.
— A co z Kasią? — zapytała Marta, moja młodsza córka, i uśmiechnęła się tak, że zrobiło mi się zimno.
Pan Mieczysław złożył dłonie na stole.
— Cedrowe pudełko na biżuterię i jego zawartość.
— Pół roku wycierała jej usta i dostała zabawkę? — Marta zaśmiała się krótko, dźwięk zderzył się z ciszą. Anna dotknęła ramienia Kasi, ale Kasia wyszła, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć.
Marta odpaliła Instagrama, Anna zaczęła pisać na telefonie do siostry, że „nareszcie będą mogli przestać wynajmować”. Ja siedziałem i czułem, że dom na Piotrkowskiej to jedyna rzecz, która trzyma mnie nad powierzchnią. Teraz go miałem. Mogłem spłacić wszystko. Mogłem zacząć od nowa.
Wieczorem zebraliśmy się w stypie w restauracji „U Fabrykanta”. Kasia nie przyszła. Nawet nie zadzwoniła. Wtedy pomyślałem — pewnie pije gdzieś wódkę z żalu, młoda jest, przejdzie jej. Sam zamówiłem schabowego, choć wcale nie byłem głodny. Anna rozmawiała z siostrą o cenie metra kwadratowego w centrum. Marta pokazywała kuzynom pierścionek z brylantem odziedziczony po babci. Kelnerka przyniosła barszcz czerwony z pasztecikiem, nikt nie tknął, bo wszyscy gadali o pieniądzach.
Wróciłem do domu matki po zmroku. Chciałem po prostu sprawdzić, czy nikt nie zostawił otwartych okien. Chodziłem po korytarzu, a światło z latarni wpadało przez firanki do salonu. Stanąłem przed portretem rodzinnym. Matka, ojciec, ja w środkowym rzędzie, obok Anna, a na brzegu Kasia i Marta — jedna z grymasem, druga z lalką. Matka na tym zdjęciu miała te same oczy co zawsze: surowe, nieobecne. Nigdy mnie nie akceptowała po tym, jak ojciec umarł na zawał, a ja zostawiłem studia prawnicze. Powiedziała wtedy: „Ty nic nie skończysz, nic nie osiągniesz, jesteś jak ojciec przed śmiercią – pełen obietnic i długów”. To był nasz ostatni spokojny dzień. Później już tylko cierpienie, pielęgniarki, rachunki i w końcu ona, w szpitalnym łóżku, która mówi do mnie przez pielęgniarkę, żebym nie wchodził.
Nie zdjąłem portretu. Nie miałem po co. Dom był mój, ale w środku czułem się gościem. Usiadłem na fotelu, w którym mama zawsze czytała wieczorami. Zamknąłem oczy. W kuchni ciekł kran. Nie naprawiłem go — matka do końca twierdziła, że to ja powinienem przyjechać i wymienić uszczelkę. „Przyjedziesz, Andrzejku?” pytała w telefonie, a ja mówiłem „jutro”. Jutro nigdy nie nadeszło, aż w końcu przestałem odbierać.
Obudziłem się o piątej, zdrętwiały. Zegar ścienny tykał. Na korytarzu szczekał spaniel sąsiadki z parteru. Zaparzyłem herbatę, wyplułem — była gorzka, jakby ktoś zostawił w czajniku starą torebkę. Wyszedłem na balkon. Na Piotrkowskiej szykował się poranek. Popatrzyłem w dół na ulicę i myślałem, że sprzedam dom, wezmę forsę, wyjadę gdzieś, może do Gdańska, i zniknę.
O 7:30 zadzwoniła Anna. Nie zdążyłem powiedzieć „halo”.
— Andrzej… dom… Kasia zablokowała wejście. Zmieniła zamki. Pojechałam tam, bo chciałam zabrać rzeczy matki. Drzwi są nowe, stalowe. I dostałam zdjęcie z banku. Wszystkie rachunki inwestycyjne… wyzerowane.
Zamarłem.
— Jak to wyzerowane? — warknąłem. — Kto dał jej dostęp?
— Nie wiem. Andrzej, matka sama to zrobiła. Tydzień przed śmiercią. Kasia mówi, że tylko dopilnowała przelewu, bo matka już ledwo pisała. — Anna zakrztusiła się łzami. — Zadzwoń do niej, proszę, powiedz, że to nielegalne.
Wyjechałem spod domu, nie wziąwszy nawet kluczyków — i tak nie miałem czym jechać, Skodę odholowano trzy dni wcześniej, dokumenty rejestracyjne wciąż leżały u mnie w szufladzie. Na Piotrkowską biegłem, potem szedłem, bo brakło tchu. Przed drzwiami stała Kasia. Trzymała w ręku papierową teczkę z grubym plikiem. Obok niej stał młody mężczyzna w marynarce. Po drugiej stronie ulicy zaparkował radiowóz policyjny. Na chodniku leżało kilka toreb z rzeczami, które Anna chciała zabrać.
— Coś ty zrobiła?! — krzyknąłem, ale Kasia nawet nie drgnęła. Wyjęła z teczki dokumenty i położyła je na dachu zaparkowanego obok radiowozu, bo bliżej nie było już żadnej płaskiej powierzchni — chodnik zastawiały torby Anny.
— Te papiery — powiedziała cicho, patrząc na mnie, ale nie w oczy, tylko gdzieś na mój krawat — to dowody, że dom, konta i biżuteria to majątek z oszustw. Kredyt, który ojciec wziął na firmę, został spłacony przez babcię bez waszej wiedzy. Potem babcia odzyskała pieniądze przez sąd, ale wy je ukryliście jako darowizny. To nie jest dziedziczenie, tato. To kradzież.
Zrobiłem krok w jej stronę. Policjant zatrzymał mnie ręką.
— Przepraszam, ale proszę zachować odległość.
— To moja córka!
— Właśnie dlatego proszę zachować odległość.
Kasia podała mi jedną kartkę. To była kopia pisma z prokuratury. Odczytałem tylko pierwsze zdanie: „W nawiązaniu do zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 284 § 1 kodeksu karnego…”
Resztę przeczytałem raz, potem drugi. Nie docierało. Zerknąłem na dom. Drzwi nowe, stalowe, klamka zimna.
— Nie wejdziesz tam — powiedziała Kasia. Głos jej drżał, ale ręce miała pewne, trzymały papiery bez ruchu. — Dom zostanie sprzedany przez komornika. Zysk pójdzie na spłatę długów, które zataiłeś. To, co zostało babci na koncie, przekazała fundacji, która opiekuje się dziewczynami z domów dziecka. Sama to podpisała, ja tylko poszłam z nią do banku. Była w radzie tej fundacji przez jedenaście lat. Nie wiedziałeś, co? Bo nigdy nie pytałeś.
— To moje! Dom jest mój! — rzuciłem się ku drzwiom. Policjant stanął w przejściu.
— Proszę się cofnąć.
Kasia wzięła drugą teczkę, którą trzymał młody mężczyzna — pewnie jej adwokat — i wyjęła z niej pojedynczą kartę. Było to zdjęcie z banku, wydruk stanu konta inwestycyjnego, na którym widniało zero złotych. Pod spodem odręczny dopisek, jeszcze ręką matki, drżący, ale wyraźny: „Wypłacam samodzielnie. Przekazuję: Fundacja Dla Dziewcząt. Łódź, ul. Moniuszki 2”. Data — dziewięć dni przed śmiercią.
— Nie zostawiłam nic ani tobie, ani mamie, ani Marcie — oznajmiła Kasia. — Bo to nie było wasze. Tyle.
Anna w tym czasie podeszła, zobaczyła wydruk, zbladła. Próbowała chwycić Kasię za ramię, ale policjant i tamten mężczyzna zasłonili ją. Marta wypadła zza rogu, bosa, bo w pośpiechu zgubiła buta. Patrzyła to na mnie, to na Kasię, i nic nie mówiła. Telefon trzymała w kieszeni, wyłączony.
— Oddam ci te dokumenty — powiedziałem do Kasi, czując, jak pot występuje mi na czole. — Pójdziemy do adwokata, podpiszemy ugodę. Zatrzymasz dla siebie część. Nie zgłaszaj tego, błagam. Ty wiesz, jak wygląda moje życie. Dom to jedyne wyjście.
Kasia przez chwilę milczała. Patrzyłem na nią i widziałem, że jej oczy wcale nie są surowe. Były zmęczone. Tak samo jak sześć miesięcy temu, gdy zostawała na noc przy łóżku matki. Później wyjęła telefon i pokazała mi ekran.
— Właśnie wysłałam potwierdzenie do prokuratury, że przekazałam oryginały. Zaniosłam je do kancelarii trzy godziny temu. Wracasz do domu, tato, ale nie do tego. Do tego, który został z długów.
Wsadziła teczkę pod pachę, skinęła adwokatowi i odeszła w stronę przystanku. Nawet się nie obejrzała.
Stałem przed drzwiami z nowym zamkiem. Wyjąłem z kieszeni stary klucz. Pasował do tamtych drzwi, ale już ich nie było. Anna dzwoniła do swojej siostry, mówiąc coś o prawniku i o tym, że „Kasia oszalała”. Marta zbierała z chodnika torebkę z pękniętą różą, którą mama dostała ode mnie na imieniny. Kręciło mi się w głowie.
Przyszła agentka nieruchomości — ta, której dałem klucze jeszcze przed stypą, żeby mogła zrobić zdjęcia do oferty. Zobaczyła nowe drzwi i cofnęła się z plikiem zdjęć „przed”. Spytała, czy to żart. Odprawiłem ją machnięciem ręki.
Ostatnią osobą, która do mnie podeszła, był policjant.
— Jeśli pan zostanie w pobliżu budynku dłużej, będę musiał sporządzić notatkę. Ma pan prawo pójść do domu.
Poszedłem. W kierunku dworca Łódź Fabryczna. Bilet do Warszawy kosztował 49 złotych. Nie miałem tyle. W bankomacie pojawiła się informacja, że moje konto debetowe zostało zablokowane na wniosek prokuratora. Pożyczyłem pięćdziesiąt złotych od pani Hani ze sklepu przy ulicy, tej samej, która pamiętała moją matkę z czasów, gdy codziennie kupowała u niej chleb i gazetę „Dziennik Łódzki”. Oddając mi banknot, powiedziała tylko:
— Matka twoja zawsze płaciła co do grosza. I nigdy nie brała na kredyt.
Usiadłem na peronie. Pociąg do stolicy miał odjechać za czterdzieści minut. W ręku trzymałem kartkę z numerem prokuratury. Obracałem w palcach stary klucz — zimny, bezużyteczny, wciąż lśniący, jakby dopiero co go dorobiono. Nie miałem przy sobie nic poza telefonem z zablokowaną kartą i tym kluczem, który nie pasował już do żadnych drzwi na świecie.
Kasia nie dzwoniła.
Schowałem klucz do kieszeni, obok biletu, którego nie kupiłem, i patrzyłem na tablicę odjazdów, jakby miała mi powiedzieć, dokąd naprawdę jadę.