Nowy okulista przy ulicy Piotrkowskiej

—

Prowadzę tam recepcję od jedenastu lat. Widziałam już wszystko: dzieci wybierające oprawki dla dziadków, mężów płacących kartą bez patrzenia na kwotę, studentów liczących grosze na soczewki kontaktowe. Ale tamtej środy, na początku czerwca, zapamiętałam inaczej.

Pani Danuta przyszła sama, autobusem z osiedla Retkinia, bo tak powiedziała, kiedy usiadła i odetchnęła. Miała ze sobą receptę od doktor Wieczorek — jaskra, plus astygmatyzm, soczewki progresywne. U nas takie zaczynają się od siedmiuset złotych, a z lepszym szkłem antyrefleksyjnym łatwo dochodzi do tysiąca stu. Zobaczyłam, jak liczy coś w głowie, patrząc na cennik przypięty przy ladzie.

— To chyba nie dzisiaj — powiedziała. — Muszę pomyśleć.

Nie spytałam o nic. U nas się nie pyta. Ale zza pleców, gdy odkładała okulary próbne, zobaczyłam, że wyjęła telefon i wybrała numer, stojąc przy oknie wystawowym, tam gdzie sygnał jest lepszy. Nie chciała rozmawiać przy mnie, ale sklep jest mały, a drzwi do zaplecza akurat uchylone, bo wietrzyłam po lakierze do opraw.

— Krysiu, to ja. Słuchaj, czy mogłabyś mi pożyczyć trochę na te okulary… Nie, nie od razu, kiedy będziesz mogła.

Cisza po drugiej stronie musiała trwać dłużej, niż się spodziewała, bo przełożyła torebkę z ręki do ręki dwa razy.

— Aha. Rozumiem, remont kuchni, tak, oczywiście. W przyszłym miesiącu to spokojnie.

Zaraz potem zadzwoniła jeszcze raz, do syna chyba, bo mówiła "Tomku". Usłyszałam coś o racie za nowego passata i że lepiej poszukać taniej optyki, może w Galerii Łódzkiej jest promocja. Trzeci telefon był krótszy. Odłożyła komórkę do torebki i wróciła do lady, jakby nic się nie stało — poprosiła tylko o cennik najtańszych opraw plastikowych.

Zapytałam, czy chce, żebym sprawdziła, czy NFZ pokrywa część kosztów przy jej diagnozie. Pokręciła głową, że już sprawdzała, że przy jej wieku dofinansowanie starcza na niewiele.

Wyszła bez zakupu. Zapisałam tylko w notatniku "pani Danuta — wróci, może", tak jak robię przy klientach, którzy chcą się zastanowić. Nie sądziłam, że to coś więcej niż odłożona decyzja.

Wróciła dokładnie dziewięć dni później, w piątek, tuż przed zamknięciem. Miała ze sobą kopertę, nie kartę — banknoty, chyba ze dwa tysiące, licząc po grubości. Powiedziała, że sprzedała pierścionek po matce, złoty, z małym szmaragdem, w lombardzie przy Piłsudskiego. Powiedziała to bez żalu w głosie, tylko rzeczowo, tak jak mówi się o zapłaceniu rachunku za gaz.

Wybrała oprawki nie najtańsze, ale też nie te najdroższe — średnia półka, tytanowe, lekkie. Kiedy doktor Wieczorek podpisywała jej kartę pomiaru, pani Danuta zapytała, czy da się przyspieszyć realizację, bo boi się chodzić po schodach wieczorem, a klatka u niej na Retkini nie ma dobrego oświetlenia od miesiąca, bo spółdzielnia znowu zwleka z wymianą żarówek.

Zapłaciła całość gotówką. Wystawiłam paragon, a ona złożyła go dokładnie na pół i włożyła do tej samej koperty, w której przyniosła pieniądze — jakby to miało zostać jakimś dowodem, że coś w końcu zrobiła dla siebie, nie dla nikogo innego.

Przyszła odebrać okulary dokładnie tydzień później, w czwartek. Tym razem nie sama — z wnuczką, dziewczyną może dwudziestoletnią, która niosła jej zakupy z Biedronki w drugiej ręce. Włożyła okulary, spojrzała w lustro przy kasie, potem na tabliczkę z literami do testu ostrości po drugiej stronie sali.

— Widzę "D", "P", "T" — przeczytała rządek, który normalnie ludzie mylą.

Wnuczka spytała, dlaczego babcia nie kupiła tych, na które od dawna mówiła, że chce, tych droższych, z powłoką przeciw niebieskiemu światłu, bo przecież syn mówił, że to lepsze dla oczu przy komputerze.

Pani Danuta odparła, że te wystarczą, że nie musi mieć najlepszych, tylko takie, które pozwolą jej bezpiecznie zejść ze schodów i przeczytać ulotkę z apteki bez trzymania jej pod lampą.

Zanim wyszły, zapytałam mimochodem, czy udało się to jakoś z rodziną wyprostować — bez wnikania, po prostu grzecznościowo. Powiedziała, że dzwoniła córka, że była zła, bo dowiedziała się o pierścionku od kuzynki, nie od matki. Że płakała w słuchawkę, mówiła, że mogła poczekać, że przecież by się złożyli, gdyby wiedziała, że to tak pilne.

Pani Danuta odpowiedziała jej wtedy jedno zdanie, które zapamiętałam, bo powtórzyła je i mnie, stojąc już przy drzwiach z okularami na nosie:

— Powiedziałam jej: przez trzydzieści lat robiłam wszystko, żebyście nigdy nie musieli widzieć, ile mnie to kosztuje. Może to był mój błąd.

Nie wiem, co było dalej między nią a dziećmi. Nie moja sprawa, nie pytałam, zresztą zaraz przyszła kolejna klientka z receptą na soczewki progresywne i musiałam wystawić fakturę. Zapamiętałam tylko, że wychodząc, pani Danuta przytrzymała drzwi wnuczce, spojrzała w dół na krawężnik przed wejściem — który rzeczywiście jest tam za wysoki i niejedna starsza osoba się o niego potknęła — i zeszła z niego pewnym krokiem, bez trzymania się poręczy, której zresztą przy tych drzwiach nigdy nie było.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

nineteen − 7 =