Kawiarnia przy Świętokrzyskiej, dwie kawy na wynos

Beata odbiera zamówienie z lady, kiedy dzwoni telefon. Numer nieznany, kierunkowy z Wrocławia. Nie odbiera od razu — trzyma kubek w jednej ręce, telefon w drugiej, i czeka, aż przestanie dzwonić.

Nie przestaje.

— Beata Wilczek? — głos w słuchawce jest starszy, kobiecy, nieco zmęczony.

— Tak, słucham.

— Dzwonię z kancelarii notarialnej Górski. Chodzi o spadek po panu Tomaszu Górskim.

Beata siada na wolnym krześle przy oknie, bo nogi nagle robią się ciężkie.

Tomasz. Nie słyszała tego nazwiska od jedenastu lat.

***

Poznali się na trzecim roku architektury, na Politechnice Wrocławskiej. On rysował plany, ona liczyła konstrukcje — pasowali do siebie jak dwie połówki jednego projektu. Przez cztery lata mieli wspólny notes, w którym zapisywali głupie żarty z zajęć, i wspólną listę miejsc do zwiedzenia: Lizbona, Kotor, jakaś wioska w Bieszczadach, której nazwy nikt nie potrafił wymówić bez śmiechu.

Rozstali się rok po studiach. Bez awantury, bez trzaskania drzwiami. On dostał pracę w Berlinie, ona zaczęła staż w biurze projektowym w Warszawie — i po prostu żadne z nich nie napisało tego jednego SMS-a, który mógłby wszystko odwrócić. Korespondencja się urwała gdzieś w listopadzie, cicho, bez pożegnania. Beata pamięta, że tamtej zimy sąsiad z dołu ciągle odtwarzał tę samą piosenkę Dawida Podsiadły, i przez pół roku nie mogła jej słuchać bez ściśniętego gardła.

Potem było gorzej, potem lepiej. Rozmowy z przyjaciółką Martą przy winie kupionym w Żabce za dwadzieścia parę złotych, płacz w łazience, praca po nocach, żeby nie myśleć. A potem pewnego dnia, tak po prostu, przestało boleć. Zapomniała rocznicę, w której się poznali. Zapomniała, jak brzmiał jego śmiech. Wyszła za mąż za Rafała, urodziła syna, kupili mieszkanie na Bemowie z widokiem na plac zabaw. Tomasz — z tego, co słyszała od wspólnych znajomych z uczelni — wyjechał w końcu do Kanady, ożenił się z jakąś Francuzką, otworzył własną pracownię.

Osobno. Ale jednak dobrze.

***

— Pan Górski zmarł miesiąc temu — mówi kobieta w słuchawce. — Zawał, w Toronto. Rodzina znalazła w jego dokumentach testament sporządzony jeszcze w Polsce, dziesięć lat temu, przed wyjazdem. Jest tam pani nazwisko.

Beata odstawia kubek na parapet, bo ręka zaczyna jej drżeć na tyle, że kawa się chlupocze.

— To niemożliwe. Myśmy się rozstali… dawno.

— Testament nie został zmieniony. Zapisał pani mieszkanie przy ulicy Kościuszki we Wrocławiu, to, w którym mieszkał podczas studiów. Trzydzieści osiem metrów. Oraz kwotę stu dwudziestu tysięcy złotych z konta w PKO.

Beata milczy tak długo, że notariuszka po drugiej stronie pyta, czy jeszcze jest na linii.

***

Jedzie do Wrocławia trzy tygodnie później, sama, bez Rafała — powiedziała mu tylko, że to sprawy spadkowe po dawnym znajomym, i to wystarczyło. Kancelaria mieści się w kamienicy niedaleko Rynku, na drugim piętrze, z widokiem na dziedziniec, gdzie ktoś suszy pranie między oknami.

Notariuszka, pani Krystyna, wykłada na biurko teczkę z dokumentami. Wśród papierów jest koperta zaadresowana ręcznie: „Dla Beaty — jeśli kiedykolwiek to przeczytasz".

List jest krótki. Tomasz pisze, że zostawił to mieszkanie i te pieniądze na wypadek, gdyby coś mu się stało, bo mimo wszystko, co się między nimi wydarzyło i nie wydarzyło, chciał, żeby wiedziała: to, co mieli, było prawdziwe, nawet jeśli się nie udało. Że nie żałuje. Że życzy jej dobrze, gdziekolwiek jest i z kim jest.

Podpis: „Twój T., zawsze trochę".

Beata składa kartkę i chowa do torebki. Nie płacze — ku swojemu zdziwieniu, właściwie nic nie czuje poza dziwnym ciężarem w klatce piersiowej, jakby ktoś zostawił jej walizkę, której nie prosiła, żeby nieść.

***

Mieszkania przy Kościuszki nie sprzedaje od razu. Jedzie tam z panią Krystyną, żeby odebrać klucze — i staje w progu małego, zakurzonego pokoju z widokiem na podwórko, gdzie kiedyś, jedenaście lat temu, siedzieli razem na parapecie i jedli pierogi z Biedronki prosto z pudełka, bo żadne z nich nie umiało gotować.

Na ścianie wciąż wisi jego stary plakat z wystawy Le Corbusiera. Pod oknem stoi biurko, na nim — zeszyt. Ten sam notes. Otwiera go: żarty z zajęć, lista miejsc, dopisana ręką Tomasza już bez niej — odhaczone Lizbona, odhaczone Kotor. Wioska w Bieszczadach zostaje nieodhaczona, bez nazwy, jak wszystko, co się nie zdążyło.

Beata siada na parapecie, tak jak kiedyś, i przez chwilę pozwala sobie na to, żeby po prostu tam być.

Potem wstaje.

Dzwoni do biura nieruchomości, umawia wycenę mieszkania na przyszły tydzień. Sto dwadzieścia tysięcy z konta przelewa na fundusz edukacyjny dla syna — otwiera go tego samego popołudnia w oddziale banku przy placu Grunwaldzkim, wypełniając formularz długopisem, który pożycza od pani w okienku. Notes zabiera ze sobą, ale nie po to, żeby go czytać po nocach. Chowa go na najwyższą półkę w gabinecie, obok pudła ze starymi rysunkami technicznymi z czasów studiów — miejsce, gdzie trzyma się rzeczy, które były ważne, a już nie bolą.

Mieszkanie sprzedaje sześć tygodni później rodzinie z małym dzieckiem, która od razu pyta, czy plac zabaw na podwórku jest bezpieczny. Pieniądze ze sprzedaży dzieli: część na remont kuchni w Bemowie, część na wakacje z Rafałem i synem — w Portugalii, bo od zawsze chciała zobaczyć Lizbonę, tylko nigdy z nim.

W samolocie, gdzieś nad Alpami, syn zasypia jej na ramieniu. Rafał trzyma ją za rękę. Beata patrzy przez okno na chmury i myśli, że to naprawdę bywa szczęśliwe zakończenie — tylko osobno.

Rating
( No ratings yet )
Like this post? Please share to your friends:
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

one × 3 =